Dennis Lehane, wykorzystując parę prywatnych detektywów: Patricka Kenzie i Angie Gennaro, oprowadza czytelników po Bostonie. Ale to zupełnie inna strona miasta, aniżeli ukazana choćby w serialu „Ally McBeal”. Ten Boston nie idzie z duchem poprawności politycznej, tam segregacja rasowa nadal ma rację bytu. Zwłaszcza Dorchester dzieli się na część zamieszkaną przez białych, najczęściej Irlandczyków, Polaków „albo kimś takim” oraz czarnych, gdzie „martwe ciała czarnych dzieciaków ładuje się na karawany, czasem nawet po osiem w jeden weekend”. Nie trudno zgadnąć, że w miejscu, w którym „człowiek zostaje, bo nie ma innego wyjścia” nie dominuje wiara, nadzieja i miłość, lecz gniew i nienawiść, a w obliczu konfliktu nikt nie nadstawia drugiego policzka, lecz od razu wyciąga spluwę. To raj dla gangów rekrutujących się spośród Afroamerykanów. Ale Lehane to nie rasista. Ukazał bowiem świat, w którym po obu stronach dwukolorowej barykady występują zarówno postaci pozytywne, jak i negatywne. Tyle tylko, że w większości przypadków biali, odziani w markowe ubrania i maskę dżentelmena, zasiadają wygodnie na parlamentarnych stołkach i głoszą wyświechtane moralizatorskie orędzia, przecząc im na każdym kroku. Autor obnażył w książce brudny świat polityki, w którym nawet najbardziej odrażające postępki uchodzą zwykle bez konsekwencji. „Kilka lat temu wybrano na drugą kadencję kongresmena, który przyznał się do uprawiania seksu z piętnastoletnim chłopcem. Widać dla niektórych ludzi nawet przestępczy charakter kontaktów seksualnych z nieletnimi to kwestia punktu widzenia”. No cóż, trzeba przyznać, że polski elektorat odznacza się równie dużą „tolerancją” dla polityków, uznając że molestowanie seksualne, to przecież nic zdrożnego i należy dać szansę na kolejną kadencję...
Klimat książki „Wypijmy, nim zacznie się wojna” utrzymany jest w atmosferze noir (mimo że termin ten zastrzeżony został dla filmu, to jego typowe cechy Lehane wykorzystał po mistrzowsku), przynajmniej na początku. Stąd też główny bohater – Patrick Kenzie (choć właściwie autor nacechował słowo „bohater” pejoratywnie i zarezerwował dla innej postaci, więc lepiej Patricka nie określać w ten sposób) skojarzył mi się z postaciami detektywów, w które często wcielał się Humphrey Bogart, zwłaszcza w „Sokole maltańskim”. Później historia staje się bliższa współczesności, czyli bardziej krwawa.
Dennis Lehane nie tylko dotyka problemu zła, ale próbuje dotrzeć także do jego źródła. Nie wciska jednak czytelnikom pseudo psychologicznego bełkotu. Po prostu opowiada historię kilkorga ludzi, a że akurat są to osoby naznaczone bliznami tak psychicznymi, jak i fizycznymi, pochodzącymi jeszcze z czasów „cudownego” dzieciństwa, to już inna sprawa. Okazuje się nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni, że za doktorem Jekyllem bardzo często kryje się Pan Hyde. A psychopata może mieć oblicze Bohatera, z którym życie z całą pewnością nie przypomina bajki: „Kolacja nie czekała na stole – policzek. Coś nie zadziałało jak w zegarku – policzek. Lekcje nieodrobione – policzek. A jeśli to nie wystarczało – pasek, pięść, stara tarka do prania, obojętne co, byleby przywróciło ład”. Bicie to nie jedyna forma niszczenia człowieka, są jeszcze gwałty, molestowanie, przemoc psychiczna. I autor nam ich nie oszczędza. Udowadniając, że te dorosłe skrzywdzone dzieci nigdy już nie zaznają spokoju, bo „gdy raz wmuszą w ciebie tę ohydę, staje się częścią ciebie, rozpuszcza się w twojej krwi, krąży tam i z powrotem, przepływając przez twoje serce, plamiąc wszystko, co napotka po drodze. Ohyda nigdy nie odchodzi, nigdy człowieka nie opuszcza, choćby nie wiedzieć, co robił. Kto twierdzi co innego, jest po prostu naiwny. Można mieć najwyżej nadzieję, że się nad nią zapanuje. Że zdoła się zapakować ją w małą, ciasno zbitą piłeczkę, upchnąć w mały ciasny kącik i tam ją przechowywać – odwieczny ciężar”. Ale nawet, gdy zaryglujesz potwora gdzieś za zamkniętymi drzwiami swojego umysłu, to on i tak którejś nocy cię dopadnie, czając się „w najróżniejszych miejscach – w cieniach, zaułkach, w antyseptycznych korytarzach” twoich snów. Jeśli ktoś o podobnych doświadczeniach, myśli, że uporał się już z demonami dzieciństwa, to sięgając po tę książkę, musi się liczyć z tym, że znowu do niego powrócą...
Czytając książkę „Wypijmy, nim zacznie się wojna” nie miałam wątpliwości, że napisał ją mężczyzna. To nie zarzut. Chodzi po prostu o typowo męskie sformułowania. Nie mam tu na myśli przekleństw, przecież kobiety też potrafią nieźle „rzucać mięsem”. Lehane opisuje bardzo brutalny świat, pełen wrogości, morderstw, kłamstw, gwałtu, nie próbując go upiększać, by nie bulwersować wrażliwego czytelnika. Wręcz przeciwnie, oddaje pewne tematy stanowiące swego rodzaju tabu z bezwzględną szczerością. Niejednokrotnie miałam ochotę zamknąć oczy, by nie oglądać jakiejś sceny, tyle tylko, że to nie film, lecz słowo pisane, a więc sceny odtwarzałam za pomocą własnej wyobraźni. Od tego nie da się uciec. Dlatego literatura silniej może przemawiać do człowieka niż obraz ruchomy. Nie oznacza to bynajmniej, że autor bez potrzeby epatuje zbrodnią, a każda strona ocieka krwią. Trup i owszem ściele się gęsto, ale drastycznych scen aż tak wielu nie ma. Niemniej jednak, sięgając po „Wypijmy, nim zacznie się wojna”, należy pamiętać, że to nie lektura dla pensjonarek. To mocny, wstrząsający, mrożący krew w żyłach, znakomity kryminał dla ludzi o silnych nerwach.
Po tak mocnej lekturze, należałoby dla odprężenia uraczyć się nie tylko mocniejszy trunkiem, ale i muzyką, bo „Bóg raczy wiedzieć w jaki sposób ludzie zachowywali zdrowie psychiczne przed rockandrollem”?
Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
Dennis Lehane, „Wypijmy, nim zacznie się wojna”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010
Komentarze