„Toskański ślub” – recenzja

Recenzja książki „Toskański ślub”.
„Uwielbiałam Toskanię i byłam tu już nie raz. (...) Wąskie, włoskie uliczki, szalonych kierowców, kawę i rogaliki na śniadanie. To wszystko miało swój niezwykły, magiczny urok”.

Takie opisy sprawiają, że sama mam ochotę się tam wybrać. Toskania od zawsze wzbudzała moje zainteresowanie i była miejscem, które bardzo chciałam zobaczyć. W związku z tym wcale nie zdziwiła mnie decyzja Moniki i Lukasa, którzy właśnie tam postanowili zorganizować swój ślub. Poza niezaprzeczalnym urokiem Włoch, na decyzję młodych miała wpływ również nieciekawa sytuacja rodzinna. Ciągłe konflikty, które wynikały z obustronnych pretensji (na linii rodzice – dzieci), z pewnością nie nastrajały do wspólnego planowania tego wielkiego dnia.

Akcja „Toskańskiego ślubu” Marty Jednachowskiej rozpoczyna się w momencie, gdy wszyscy bohaterowie docierają do miejsca, w którym ma odbyć się ślub Moniki i Lukasa. Zarysowana sytuacja z początku nie wzbudzała mojego niepokoju, jednak z biegiem czasu zaczęły pojawiać się nowe okoliczności, które zwróciły moją uwagę na to, że nie wszystko było takie, jakim się na pierwszy rzut oka wydawało. Kłopoty zaczęły się w momencie, gdy młodzi stwierdzili, że organizator ich uroczystości przepadł w niewyjaśnionych okolicznościach wraz z wpłaconymi przez nich pieniędzmi. Niestety kolejne dni przyniosły tylko gorsze wieści.

Do tej pory miałam okazję poznać pióro autorki wyłącznie w duecie z Jolantą Kosowską w książkach „Spotkamy się we śnie” i „Kalendarz adwentowy”. Oba te tytuły bardzo mi się podobały (choć nie ukrywam, że „Spotkamy się we śnie” bardziej), dlatego postanowiłam zapoznać się z samodzielnym debiutem pisarki. „Toskański ślub” okazał się zaskakującą lekturą o naprawdę nieprzewidywalnej fabule. Początek powieści w żadnym stopniu nie zapowiadał kolejnych wydarzeń. Autorka niejednokrotnie wyprowadza czytelnika w pole, by ostatecznie zaskoczyć finałem. Jeśli o mnie chodzi, nawet w najśmielszych snach, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw.

Przyznam, że w pewnym momencie poczułam się nawet trochę zawiedziona. Bohaterowie powieści zmieniali się i nie wszyscy okazali się godni naszego zaufania. Przykre było to, że zdążyłam się do nich przywiązać i ich polubić. Niestety podobne sytuacje mogą nas spotkać również w życiu. Nie zawsze poznani przez nas ludzie okazują się uczciwi, oszukują nas, z czego niejednokrotnie nawet nie zdajemy sobie sprawy. Dlatego też moje uczucia nie świadczą o tym, że powieść mi się nie podobała, raczej poczułam rozczarowanie regułami, które rządzą światem. Wydarzenia ukazane na kartach książki uzmysławiają nam, jak różnie mogą się toczyć ludzkie losy i że nie zawsze mamy na to wpływ.

„Toskański ślub” zaskakuje fabułą, ale stanowi też świetną pocztówkę jednego z najbardziej urokliwych miejsc na ziemi. Zwraca uwagę czytelnika na piękno Toskanii, a przy tym skupia się na rozgrywających się w tym miejscu wydarzeniach. To świetne połączenie oryginalnej fabuły i książki, w której opisy miejsc i ciekawostki na ich temat odgrywają ważną rolę. Z czystym sumieniem polecam!

Katarzyna Jabłońska
(katarzyna.jablonska@dlalejdis.pl)

Marta Jednachowska, „Toskański ślub”, Novae Res, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat