„Trela” – recenzja

Recenzja książki „Trela”.
Jerzy Trela. Właściwie można by napisać tylko tyle. Bo jak oddać w słowach pasję, przenikanie przeciwieństw, magię i błysk w oku...

ale też specyfikę zawodu, trud tworzenia, a czasem po prostu niemoc, którą nie zawsze można przezwyciężyć, jednak jak pokazuje Jerzy Trela, zawsze warto.

Beata Guczalska otwiera swoją książką świat osoby, który dla czytelnika zdaje się być nieopisaną tajemnicą. Zaczynając od młodości Jerzego Treli, przez istotne i ważne dla jego życia zawodowego elementy, które również miały znaczący wpływ na osobiste sfery życia aktora. Tymi cząstkami składającymi się na bogatą i multikolorową całość, jest między innymi Teatr STU czy praca w Teatrze Telewizji, ale także niezastąpiona i niepowtarzalna współpraca ze znakomitymi reżyserami, takimi jak Konrad Swinarski czy Kazimierz Kutz. W ostatnich rozdziałach natomiast, autorka prowadzi nas na powrót do miejsca, w którym Jerzy Trela się urodził i dorastał, a do którego powrócił ze swoją rodziną - do ukochanych Leńczy.

Całość nie jest pozbawiona fragmentów, w których autorka, wręcz popada w uwielbienie dla Jerzego Treli. Dlatego tak łatwo można odnieść wrażenie że książka jest laurką poświęconą temu aktorowi. Jednak te stany, to jedynie momenty. Przede wszystkim ta książka ukazuje obraz człowieka i aktora. Pokazuje obraz, nie dwa niezależne widoki, ponieważ bycie człowiekiem i aktorem u Jerzego Treli się przenika, napędza wzajemnie, czerpie z siebie nawzajem. W życiu zawodowym pozostaje człowiekiem, ale w życiu prywatnym nie jest aktorem. I pomimo owego przenikania się materii w świecie Jerzego Treli, bohater Beaty Guczalskiej stawia jasne i wyraźne rozgraniczenie, pomiędzy tym co dzieje się na scenie i poza nią. A to bardzo istotna kwestia, jeżeli chcemy choć spróbować zrozumieć tę wybitną osobowość.

Jest to ciekawie napisana książka, choć w niektórych momentach dość niezrozumiała, co wymaga powrotu do tych zawile napisanych jej fragmentów. Owszem, całość urzeka i to nie tylko zasługa bohatera, którego charyzma zamieszkała tutaj od początku do końca. To również ogrom pracy, który autorka włożyła w napisanie książki, jak również widoczna elokwencja i urzekająca błyskotliwość Beaty Guczalskiej.

Ta lektura, a przede wszystkim jej bohater – Jerzy Trela, pokazuje - jednocześnie uświadamiając fakt, iż ludzie kochający ten zawód w sposób niemal pierwotny, grają nie tylko ze względu na role czy dzieło, które może być ogromnym wyzwaniem. Aktorzy kochający Melpomene miłością instynktowną, grają dla tego ułamka chwili – wręcz sekundy, w którym siła postaci ich niesie, a nie ze względu na profity wynikające z ewentualnego, często tylko pozłacanego podziwu czy… ilości oklasków.

Bez wątpienia nie można zrozumieć aktorstwa, gdy nie zrozumie się ludzi, wybierających ten zawód jako dziedzinę swojego działania.

Jeżeli aktor stoi przed dylematem: wybrać dany projekt aktorski czy nie, to końcowa decyzja nie raz poodejmowana jest nie tylko ze względu na specyfikę roli, ale – czasem może przede wszystkim, również ze względu na reżysera czy obsadę. Ta książka, pokazuje wachlarz możliwości tego zawodu, których aktor musi poszukiwać i chcieć z nich korzystać; a także subtelnie, ale stanowczo mówi iż droga aktora prowadzi z teatru przez szklany ekran do kina. Niektórzy w teatrze zostają już do końca, inni, gdy zasmakują pracy na planie filmowym zostają tam. Jednak wszyscy najpierw narodzili się poprzez teatr.

Warto mieć w pamięci, że nawet jeżeli na scenie wystawiany jest monodram, aktor nigdy nie występuje sam. To tylko widz obserwuje aktora samego na scenie, zapominając, czy też może nie biorąc pod uwagę, zastępu ludzi, który pracuje przy tym projekcie. To ten typ aktorstwa właśnie, który gra dla siebie nie zapominając iż nie gra sam, tworzy magię teatru; słynną magię teatru o której wiele się mówi.

Magia - gdy jako widz zasiadasz na widowni i zapominasz o wszystkim; o tym, że przyszedłeś na spektakl i za chwilę zobaczysz aktorów, a wszystko co ma miejsce na scenie było okupione ciężkim wysiłkiem fizycznym, brakiem snu i może nawet kontuzjami. Widzisz w danym momencie przed sobą tylko postaci: Hamleta, Konrada, ale też Stalina czy Glaukosa, który to ma dylematy, pożąda, zabija czy po prostu jest obłudny. Jednak Ta magia jest w teatrze tu i teraz. Gdy z niego wyjdziemy i chcemy mówić o roli, spektaklu, zaangażowaniu jakie ci ludzie włożyli w swoją pracę, nie można zapominać o tym ile poświęcili. Aby widz zrozumiał ten ogrom włożonej pracy, w każdym programie, ulotce, czy na plakacie zapowiadającym zbliżający się spektakl, powinno zaistnieć aktorstwo w liczbach: ile godzin prób mieli aktorzy, od której do której godziny pracowali, ile razy w tygodniu, a także o której godzinie wstawali i ile godzin spędzili w samochodach, pociągach, a tym samym, ile kilometrów nimi przejechali.

Bo pomimo końcowego efektu i miłości jaka towarzyszy tej profesji, nadal pozostaje ona pracą, a nagroda za trud w nią włożony nie raz – jak historia pokazuje, jest niewymierna do poniesionych kosztów. Nie raz, zyski ich po prostu nie pokrywają. Ale jeśli mowa tu o sztuce, której rytm wybija serce, to nie o zyski tutaj chodzi. Przede wszystkim - idea, z której rodzi się dzieło, sztuka, która przetrwa lata, pokolenia, a także trwające zmiany i zawirowania – nie tylko pogodowe.

Katarzyna Prędotka
(katarzyna.predotka@dlalejdis.pl)

Beata Guczalska, „Trela”, Marginesy, Warszawa 2015



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat