„Jak on ją kochał” - pomyślałam, gdy zagłębiłam się w kolejny list, który napisał do niej. Do tej znanej poetki, którą on poznał krótko po debiucie, po którymś z wieczorków poetyckich. On był wówczas studentem, a ona - w zasadzie już była znana, a prywatnie - ciężko chora. No i była już wdową. On to Ireneusz Morawski, literat, który na dobrą sprawę nigdy się nie wybił ponad kilka wydrukowanych opowiadań. Ona to Halina Poświatowska. A głównym tematem tej książki są listy jego do niej, wysyłane z Polski i dostarczane jej, najpierw przed operacją, która przedłużyła jej życie o niemal dziesięć lat, a potem także w trakcie amerykańskiego stypendium.
On właściwie nigdy nie chciał tych listów wydać. Ona nawet o tym przez chwilę myślała, dokonywała korekt i skreśleń, a prawdopodobnie część listów także spaliła. On dojrzewał do decyzji o ich wydrukowaniu niemal do ostatnich swoich dni, a i tak ich wydania nie doczekał. Gdy umarła, przestał pisać.
O czym zatem pisał, do czasu aż śmierć poetki zablokowała jego twórcze możliwości? Pisał o wszystkim. O tym, że tęskni; o tym, że ją wspiera; dodawał otuchy przed operacją; ale również ganił za to, że nie dostaje jej listów na czas. Pisał, pisał i pisał, a jego listy to unikalne dzieła sztuki literackiej, w których pełno jest odnośników i odwołań do wybitnych dzieł, ale i do konkretnych wierszy Poświatowskiej. Bo Poświatowska, mimo że uczy się o niej w szkołach jako o młodej zdolnej poetce, której twórczość została przerwana przez przedwczesną śmierć na serce (z dopiskiem: ach, jaka to romantyczna śmierć dla poety), nie pisała wcale tak łagodnie jak się przedstawia jej poezję. W jej wierszach pełno jest czystej erotyki, która stała się jej obsesją. To w wierszach poetka opowiadała o tym, czego inni się jedynie domyślali. To właśnie te wiersze niejednokrotnie jako pierwszy czytywał Morawski i się do nich odnosił w swoich listach.
Czasem tęsknił. Za ukradkiem skradzionym pocałunkiem, za dotykiem dłoni, za jej głosem. Pozostały mu w zasadzie listy. Owszem, spotkał się z Poświatowską po jej powrocie, ale czegoś mu w tych spotkaniach brakowało, coś pozostało tylko w myślach przelanych na papier. Myślach tym piękniejszych, że ich autor był niewidomy. Być może właśnie to sprawiło, że pisał o rzeczach ważnych dla niego, dla niej, że pisał te wiersze do niej i dla niej. A gdy jej zabrakło, dalsze pisanie nie miało sensu, mimo że się ożenił i miał rodzinę. Wraz z Poświatowską zakończyła się jakaś część jego życia - część pełna lirycznej miłości i słów, które muszą zastąpić fizyczną bliskość.
Jak on ją musiał kochać...
Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)
Ireneusz Morawski, opracowanie Mariola Pryzwan "Tylko mnie pogłaszcz. Listy do Haliny Poświatowskiej", Warszawa 2017, wydawnictwo Prószyński i S-ka
Komentarze