W barze „U Eddy'iego” każda sobota wygląda tak samo. W Milestone, mieście, które nie oferuje żadnych rozrywek, możliwość wypicia „czegoś mocniejszego” w towarzystwie podobnych sobie ludzkich wraków, stanowi najlepszy sposób zakończenia tygodnia. Jednak kieliszek whiskey czy butelka piwa tak naprawdę tylko mają dodać odwagi tym, którzy przyszli do Eddy'iego odkupić swoje winy. W skupieniu każdy czeka, czy to na niego padnie spojrzenie wielebnego Hilla, po którym wszyscy inni odetchną z ulgą, a „wybraniec” ruszy w miasto, by zabić, by spłacić swój dług i cofnąć się o kilka kroków sprzed bramy wiecznego potępiania. Bo w Milestone tylko Hill ma prawo decydowania, komu należy się szansa na odkupienie, a kto swoją przegrał. Jednak tego wieczora coś pójdzie inaczej niż zwykle.
W drzwiach baru pojawia się Brody i jego umierająca dziewczyna Carla. Szeryf Tom, właścicielka Gracie, nudysta Cobb, milczący Wintry, ciężarna Florence, cuchnący Kadawer i czający się na swojego ojca Kyle – wśród ludzi skazanych na potępienia zaczynają ujawniać się dawno zapomniane uczucia. Ale bynajmniej nie współczucia czy żalu. Gdy tkwi się w świecie zawieszonym między lepką od brudu teraźniejszością, a przegraną przyszłością, każda zmiana tej sytuacji wywołuje strach i niepewność. Bo potępieni mają to do siebie, że nie do końca wierzą w możliwość odkupienia, ale jednocześnie kurczowo trzymają się tej jedynej nadziei.
I gdyby Burke pozostał na etapie rozważań o życiu, a raczej egzystowaniu potępionych, jego powieść byłaby bardzo pesymistycznym, ale ciekawym obrazem postaw ludzi wobec z góry przegranej przyszłości. Niestety, zupełnie niepotrzebnie w pewnym momencie zaczynają pojawiać się istoty nieludzkie, a fabuła zaczyna przypominać film „Od zmierzchu do świtu”. Powracający z zaświatów ludzie, piekielny ogień, który nie pali, chińska magia i „kupowanie” kolejnych godzin życia – moim zdaniem to elementy, które psują mroczny, psychodeliczny charakter książki. O ile część zawierająca prawdopodobne wydarzenia przeraża, to niestety, to, co nadprzyrodzone, wywołuje uczucie groteskowości, przerysowania. Szkoda, że do pewnego momentu sprawna fabuła zaczyna się rozmywać, gdy duch zmarłej żony wypływa z odtwarzacza samochodowego, a magiczny, lodowy tunel chroni bar przed płomieniami.
A wszystko to w atmosferze brutalności, zła, moralnego smrodu i obyczajowej zgnilizny, podkreślonej nafaszerowanym wulgaryzmami językiem. Początkowo taka stylizacja jest zrozumiała i potrzebna, jednak osobom wrażliwym na poziom języka po pewnym czasie coraz trudniej będzie przebrnąć przez momentami bełkotliwe fragmenty i niekonsekwencje stylistyczne. Zresztą, brak jednolitości należy narzucić Burke'owi również na poziomie fabuły. Nie zdradzę jednak szczegółów, by ewentualny czytelnik mógł sam pobawić się w poszukiwania.
„Bar dla potępionych” nie kończy się dobrze, co zresztą daje się bardzo szybko założyć. Mnie ten wniosek nasunął się w momencie, w którym poczułam się trochę jak podczas oglądania filmów Darrena Aronofskyego. Poprzez analogię do „Requiem dla snu” czy „Czarnego łabędzia” łatwo wysnuć wniosek, że człowiek raz skazany na przegraną, więcej się nie podniesie. I nawet jeśli próbuje uciec przed swoim przeznaczeniem, to i tak w którymś momencie los go dopadnie. Bo podobnie jak Garcia Marquez pisał o ludziach skazanych na samotność, tak Burke pisze o ludziach skazanych na potępianie. Czy jednak naprawdę tylko przeznaczanie kieruje naszym losem...?
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Kealan Patrick Burke, „Bar dla potępionych”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Komentarze