„U brzegów jazzu” - recenzja

Recenzja książki „U brzegów jazzu”.
Jazz jest pojęciem wielowymiarowym i szerokim. Próby jego wyjaśnienia podjął się polski prekursor tego gatunku muzycznego - Leopold Tyrmand.

Fakt, że za tą książką stoi popularyzator jazzu w Polsce, może świadczyć, że będzie to swego rodzaju vademecum na ten temat. Niestety, mija się to z prawdą. Autor podkreśla, że bardziej niż podręcznik czy leksykon jest to swego rodzaju esej pełen rozważań i osobistych impresji dotyczących jazzu jako gatunku, ale nie tylko. Poruszane kwestie dotyczą jazzu na trzech płaszczyznach: jako stylu muzycznego podlegającego ewolucji, zjawiska dźwiękowego oraz zjawiska społeczno-socjologicznego.

Sam autor był, jak wspomniałam wcześniej, postacią interesującą, gdyż uwielbiał się buntować, czy to na co dzień, czy w szerszym tego słowa znaczeniu. Swój bunt wyrażał przez chociażby kolorowe skarpetki, ale też i pisanie o swoim ukochanym jazzie, który był odrzucony przez komunizm. Nie tylko jako gatunek muzyczny ale i sposób ubioru, otwartość i improwizacje, jakie sobą reprezentował. Krótko mówiąc w czasach, w których zostało opublikowane pierwsze wydanie „U brzegów jazzu” (1957 rok), było to coś odważnego, ponieważ jazz był muzyką zabronioną przez socjalistyczną propagandę. Leopold Tyrmand nieugięcie został przy tym, co kochał i w swojej książce płynie pod prąd, tak samo jak i w życiu.

W swoim eseju zastanawia się, czy można odpowiedzieć na pytanie: „Czym jest jazz?”. Na uwagę w tej pozycji zasługuje fakt, że jest napisana raczej językiem prostym do zrozumienia przez zwykłego człowieka. Nie potrzeba tutaj fachowej wiedzy muzycznej, by wyciągnąć esencję, jaką z pasją przekazuje autor. Pisze on z perspektywy miłośnika. Przybliża tło historyczne gatunku i zachęca do zgłębienia tematu. Stara się pokazać, że jazz to nie tylko dźwięki, ale i cała kultura. W książce mamy mnóstwo intelektualnych cytatów i metafizycznych rozważań. Wzbogaca to z pewnością jej treść i oddaje głębię jazzu. Czytając, możemy poczuć się choć przez moment jak w Nowym Orleanie, gdzie na ulicach narodził się ten gatunek. Pierwsi twórcy nierzadko klepali przysłowiową biedę, ale mimo tego muzyka przynosiła im ulgę i dawała szczęście. Jazz dawał i daje nadzieję. Wystarczy się w niego wsłuchać.

Emilia Twardzik
(emilia.twardzik@dlalejdis.pl)

L. Tyrmand, „U brzegów jazzu”, Wydawnictwo MG, Kraków, 2014.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat