W takiej pięknej, sztywnej scenerii spotykają się równie sztywni bohaterowie: tuzinkowy Denham, niby to zdolny, ale pierwiastek prostaka zwycięża, władcza Hilbery, zapalona matematyczka, która gnije w narzuconym świecie literatury, wreszcie Rodney, pseudo poeta łasy na komplementy swej twórczej miernoty. Gdyby postawić ich rzędem obok siebie, uzupełniając postaciami drugoplanowymi, jak rodzice Hilbery, albo kuzyneczka czy inne spowinowacone stworzenia, to wątpię, żeby którekolwiek mogło wystąpić na przód z mianem interesującego. O tej potencjalnej atrakcyjności mówią jedynie zdawkowe słowa wlepione jako charakterystyka postaci. Hilbery- piękna, Denham-obiecujący, Rodney- utalentowany. Oczywiście, z tych kolorowych portretów, nic ponad czcze słowa nie wynika. Problematyka książki zawiera elementy autobiograficzne, wdraża na stronice przekonania samej autorki, jak choćby walka sufrażystek (Woolf jako feministka), czy bieg pod prąd konwenansom (Woolf jako modernistka). Miała być książka satyrą społeczną, obnażać słabe punkty XX-wiecznej zbiorowości, zamkniętej hermetycznie w komunale, a wyszło z niej niezdarne obnażenie ludzkich uczuć, których torem nie sposób nawet podążyć. Hilbery chce mariażu, Hilbery nie chce, Hilbery się waha, za chwilę zamyśla, ma dość życia pod płaszczykiem, ale z drugiej strony płaszczyk daje ciepło..- w takim labiryncie gubimy meritum sprawy.
Woolf modeluje uczucia, bawi się nimi jak dziecko, które pierwszy raz trzyma w ręku magiczne tworzywo. Niestety, trzeba przyznać, że robi to równie nieumiejętnie, bez polotu i drygu. Wszelki zamysł pokazania zawiłości uczuć, ludzkiej niepewności, niezdecydowania, całego poplątania, które poniekąd znamy, skończył się tam, gdzie zapewne się zaczął. Więc może po prostu w głowie, gdzie jeszcze miał szansę na właściwą korektę. W każdym razie na pewno nie w książce. Próba wyeksponowania lęków, własnej nieoznaczoności, kolein (nie kolei, broń Boże) losu, spełzła na niczym i runęła, jak ten głaz, czyniąc „Noc i dzień” ciężkim, ołowianym „zajmowaczem” miejsca na półce. Jedno trzeba jednak przyznać i zhołdować Woolf, a tym jest jasność i prostota w wyrażaniu własnych myśli. Choć nie brzmi to spójnie razem z fabularnym pomieszaniem, autorka w kilku prostych słowach potrafiła stworzyć dobre konkluzje, jak choćby: "Jeżeli nasze najlepsze uczucia nic nie znaczą dla osoby, której najbardziej dotyczą, to co nam zostaje?" Jednak nawet ta cudna właściwość szczerze przeze mnie doceniana nie uratowała „Nocy i dnia” od negatywnej opinii. Od „Plastusiowego pamiętnika” ludzi niewartych uwagi.
Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)
Virginia Woolf, „Noc i dzień”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010
Komentarze