Generalnie nie jestem typem czytelniczki, która musi przeczytać każdą książkę danego autora. Dla Freidy McFadden robię jednak mały wyjątek. Na fali popularności i zapowiedzianych adaptacji kolejne tytuły doczekują się polskiego tłumaczenia i co chwilę w zapowiedziach pojawia się jej nazwisko. Czytam blurp i od razu się zastanawiam, jak ona to poprowadzi, a przecież lektura nie zajmie więcej niż jedną noc, więc nad czym się tu zastanawiać?
„Ukochana żona” pozostaje w znajomym (chwilami aż nazbyt znajomym) klimacie domestic noir. Sylvia Robinson to spłukana dwudziestokilkuletnia mieszkanka Nowego Jorku, której trafia się dobrze płatna oferta pracy z zamieszkaniem. Wyjazd z miasta jest dla niej wybawieniem również z powodu namolnego byłego chłopaka. Jedyny minus polega na tym, że dom położony jest na odludziu, a codzienna opieka nie dotyczy dobrotliwej, starszej pani, a częściowo sparaliżowanej, może z dziesięć lat od niej starszej, żony znanego pisarza. Doglądający niedomagającej małżonki Adam Barnett wydaje się chodzącym ideałem. Pozory zaczynają pękać, gdy Victoria zdradza swej opiekunce nazwę pliku z jej pamiętnikiem sprzed tragicznego wypadku. Jednocześnie otrzymujemy zdawkowe informacje o tym, że Victoria mogła już w przeszłości cierpieć na problemy psychiczne. Jest to więc typowa sytuacja, w której jedno z głównych zainteresowanych musi kłamać/udawać, bo nie da się pogodzić tych dwóch sprzecznych wersji postaci ze sobą.
Czytając „Ukochaną żonę”, nie mogłam pozbyć się wrażenia déjà vu z „Pomocą domową”, ponieważ tutaj również mamy motyw nieprzekonująco skrywanej żądzy między doświadczoną życiem, biedną pracowniczką i jej szastającym pieniędzmi nieco starszym pracodawcą. Co prawda nie ma tu napakowanego ogrodnika, ale dla odmiany jest okrutnie atrakcyjna ogrodniczka/kucharka/zdecydowanie coś, czym nie powinna być kobieta zatrudniona do pomocy. Można odnieść wrażenie, że wystarczy wsadzić trzy dowolne osoby do jednego domu i jedną czymś na chwilę zająć, aby pozostałe dwie niemalże natychmiast nawiązały romans.
Rozdziały retrospekcyjne są ciekawsze, bo mają za zadanie zasiać w naszej głowie ziarno niepewności. Intryga nie wybrzmiewa jednak na dobre z powodu zbyt wolnego tempa i roztaczanej wokół aury telenoweli. Są sceny, które prawdopodobnie miały być dramatyczne, a wypadają komicznie. Nie chcąc spoilerować, napiszę tylko trzy słowa: pasta do zębów. Ponownie całość próbuje ratować wielki finał, ale odniosłam wrażenie, że jest on źle rozplanowany. Końcowy twist wydaje się dopisany na szybko, niespecjalnie wynika z tego, co wiemy i sami możemy złożyć w całość.
Podsumowując, być może fanom „Pomocy domowej” się spodoba, ale ja do nich nie należę i spodziewałam się czegoś mroczniejszego, idącego w stronę „Nie kłam”. Opis coraz bardziej toksycznej relacji to za mało. Zabrakło mi tutaj większej dawki napięcia. Nawet gdy dom zostaje zasypany śniegiem i gaśnie światło, wszystko wydaje się zbyt zachowawcze i przewidywalne.
Izabela Fidut
Freida McFadden, „Ukochana żona”, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań, 2026.
Komentarze