Nie tak dawno, mając na uwadze ostatnią powieść Adama Zalewskiego „Grizzly”, okrzyknęłam jej autora mistrzem polskiego kryminału, a samą powieść odkryciem. Z czystą przyjemnością polecałam ją wszystkim miłośnikom gatunku.
Wspominałam też wówczas, że kryminał, to jeden z najtrudniejszych gatunków. Do jego sukcesu potrzeba aż trzech istotnych czynników, bez których spełnienia niechybnie odejdzie w niebyt zarówno sama książka, jak i jej autor. Skomplikowana i wielopłaszczyznowa zagadka, tempo stale podnoszące nam ciśnienie oraz zaintrygowanie czytelnika. To według mnie recepta na sukces. I takim właśnie osiągnięciem, z pewnością może pochwalić się Adam Zalewski po ukazaniu się jego książki „Grizzly”.
Z pewnością zastanawiacie się, dlaczego ciągle wracam do poprzedniej książki, skoro ukazała się najnowsza powieść autora „Małe miasteczko”? Nie ukrywam, że wolałabym nie dowiedzieć się o jej istnieniu. Ale od początku…
Na tę powieść czekałam naprawdę z dużą niecierpliwością. Poczułam się tak mile zaskoczona przez Adama Zalewskiego powieścią o amerykańskich miasteczkach, w których czai się niewyobrażalne zło, że marzyłam o kolejnym twardym jak stal szeryfie, pokręconych umysłach małomiasteczkowych ludzi oraz dążeniu do prawdy za wszelką cenę.
Początkowo wydawać by się mogło, że to właśnie otrzymałam ponownie. Małe miasteczko Abraham, szeryf oraz skomplikowana zagadka zaginionych dzieci. Odkrycie sprawcy rzeczywiście nieomal na ostatnich stronach książki. Niby wszystko jest, ale coś tu nie gra.
Najbardziej rzuca się w oczy brak akcji i spójności. Tu po prostu nic się nie dzieje. Pierwsze 150 stron książki to rysopisy mieszkańców Abraham, zupełnie niepotrzebne, bo niezwiązane z tematem powieści, ani nie mające wpływu na rozwiązanie. Tak samo jak wpleciony romans dwojga postaci trzecioplanowych, również nie wiedzieć czemu zajmujący dodatkowe strony książki. Wprowadzanie atmosfery nerwowości na siłę, naciągane emocje, sztuczność postaci, nadmiar niedopowiedzeń, niekompetencja stróżów prawa oraz rozmycie winy za cztery morderstwa na kilku różnych sprawców. Najbardziej żal mi postaci szeryfa, który w „Grizzly” łamał wszelkie konwenanse i stereotypy oraz potrafił postawić wszystko na jedną kartę. W „Małym miasteczku”, postać szeryfa odegrana jest przez bufoniastego Ralstona, stawiającego się karnie na dywaniku burmistrza oraz korzystającego bezustannie z pomocy FBI. Choć przez ostatnie kilkanaście stron, Zalewski usiłuje uratować jego twarz i zrobić z niego fachowca z nosem do trudnych spraw, to na to jest już za późno.
Moje rozczarowanie jest wielkie, dlatego wolałabym, nie wiedzieć o tym „upadku” mojego nowego mistrza kryminału w Polsce. Liczę na to, że to drobne potknięcie, chwilowy kryzys, bądź zbytnie naciski wydawnictwa, by na fali zachwytu wydać szybko kolejną książkę. Niemniej jednak, będę czekać z niecierpliwością na kolejną odsłonę niewątpliwego talentu Adama Zalewskiego.
Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)
Adam Zalewski, „Małe miasteczko”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012
Komentarze