„Uratować Missy” – recenzja

Recenzja książki „Uratować Missy”.
Starość nie radość?

Missy Carmichael dobija osiemdziesiątki i choć osoba w jej wieku generalnie kojarzy się z kimś, kto stale narzeka na zdrowie i brak pieniędzy, jej największym problemem zdaje się być samotność. Mieszka sama w wielkim domu, w którym niegdyś wychowywała dzieci i spędziła kilkadziesiąt lat u boku męża pisarza. Syn wyjechał na drugi koniec świata, z córką się niedawno ostro pokłóciła, więc teraz jedynym źródłem kontaktu z drugim człowiekiem stają się przechadzki do parku. To właśnie tam Missy poznaje dwie kobiety, a za ich pośrednictwem żywiołowego psa, którzy wprowadzają życie i kolor w monotonną egzystencję staruszki.

Już z blurba można było wywnioskować, że „Uratować Missy” to typowa obyczajówka, a więc ponownie gatunek, po który raczej nie sięgam, ale skoro z fantasy poszło nieźle, to może i tym razem wyjście poza literacką strefę komfortu się opłaciło? Niestety, nie. Beth Morrey miała pomysł na Missy, obdarzając ją zgorzknieniem i niemałym balastem, ale prawdę mówiąc, reszta postaci i spora część wydarzeń zdaje się funkcjonować na zasadzie odhaczania pozycji z listy i wypełniania luk fabularnych po linii najmniejszego oporu.

Mamy więc imigrantów, bo Brexit, ale w sumie to nie jest ważne, a może trochę jest? Mamy nadreprezentację homoseksualistów, bo tak - „Przecież jesteś ze stolicy! Ogarnij się”, jak tłumaczy samotna matka zaskoczonemu synowi na ślubie lesbijek. Mamy ludzi rozdających rzeczy za darmo, bo pora rozczulić czytelnika. Mamy złodziei, bo przecież trzeba wymóc taką, a nie inną decyzję na Missy. Dorzućmy jeszcze sufrażystkę; wojnę; aborcje; poronienie; depresję poporodową; przemoc domową; romanse i zdrady małżeńskie; chorobę; śmierć; greckie słowa, cytaty i nawiązania; okrutnie drogie i dziwne dzieła sztuki; litry alkoholu i popisy taneczne w postaci ognistego tanga bez krztyny napięcia seksualnego.

Nawet główna oś oparta się na zawiązującej się nici przyjaźni najbardziej przekonująco wypada w przypadku relacji człowiek-czworonóg – czy jest to zabieg celowy, czy wypadek przy pracy, trudno stwierdzić. Najbardziej rozczarowujący jest moim zdaniem finał całej historii. Kiedy już wydaje się, że wszystko przez co w minionym roku przeszła Missy, powoli jej odkryć w sobie siłę przebicia i zerwie z byciem definiowaną przez role pełnione względem innych, Morrey postanawia pójść w zupełnie innym, iście melodramatycznym kierunku.

Podsumowując, „Uratować Missy” mogło być miłą, lekką opowieścią gotową do adaptacji w nieodkrywczą, przyjemną produkcję familijną, jednak upór debiutującej pisarki w dorzucaniu kolejnych motywów uczynił lekturę przeładowaną i męczącą. Choć treść mnie zawiodła, muszę pochwalić osobę odpowiedzialną za projekt graficzny okładki - zdecydowanie przyciąga ona uwagę zarówno kolorystyką, jak i wykorzystanym zdjęciem.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Beth Morrey, „Uratować Missy”, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2021r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat