Ann Cleeves jest prawdopodobnie znana większości fanów kryminałów z różnych serii wydawniczych. Z racji, iż sama preferuję jednotomówki, nasze drogi rozmijały się aż do teraz, a jej nazwisko kojarzyło mi się głównie z Henrykiem VIII, bo nazywa się bardzo podobnie do jego czwartej żony (tej, która uszła z życiem dzięki anulowaniu małżeństwa).
„Uśpieni i martwi” rozpoczyna się dość standardowo - od znalezienia zwłok. Tym, co jest w tym przypadku nietypowe, jest fakt, iż leżą na dnie jeziora całkiem nieźle zakonserwowane i przymocowane kotwicą, a ich odkrycie możliwe jest wyłącznie dzięki znaczącemu spadkowi poziomu wody. Okładkowy opis sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z dwojgiem głównych bohaterów: detektywem Peterem Porteousem (nazwisko oznacza modlitewnik/brewiarz, co jest wyraźnym puszczeniem oka do czytelnika, Peter w odróżnieniu od podwładnego w ogóle nie jest religijny; dla odmiany patolog nosi jakże adekwatne nazwisko Carver) i bibliotekarką więzienną Hannah Morton. Dla niego odkrycie tożsamości denata i tego, kto pozbawił go życia, jest zadaniem do wykonania, do którego zabiera się w wyjątkowo spokojny i wyważony sposób. Dla niej wszystko ma charakter aż nazbyt osobisty i stanowi powód do stawienia czoła tajemnicom z przeszłości.
Założenie, że są oni postaciami o równej randze, jest jednak błędne. Co prawda, początkowo śledzimy poczynania Petera i jego specyficznego sierżanta. Osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, żeby tak pozostało albo chociaż stosunek rozdziałów policyjnych i obyczajowych wynosił przynajmniej 3:2. Później jednak osobista drama Hannah zaczyna grać pierwsze skrzypce. Do pewnego momentu można to zrozumieć, jest ona w zasadzie jedyną żyjącą osobą posiadającą bliską relację z ofiarą morderstwa, ale dodatkowo pojawia się wątek Rosie, córki Hannah i ich znajomych, co również zajmuje znaczącą część fabuły.
Z czasem można się więc zacząć zastanawiać, jak to wszystko ma się niby złożyć w całość (spoiler: to się nie miało prawa udać). Sprawy nie ułatwia marny styl: dużo suchych, niewprowadzających klimatu opisów; sztuczne dialogi oraz zdania, które wydają się dziwne, urwane albo źle przetłumaczone np. „W poczekalni było nietypowo pełno”. Na dokładkę dostajemy chaos chronologiczny rodzący problem z umiejscowieniem akcji w czasie. Wspominane są lata 70., ale zdecydowana większość postaci jest w różnym, choć niesprecyzowanym średnim wieku. Do pewnego momentu wydaje się, że nikt jeszcze nie używa komórki, grzecznie dzwoniąc na telefon stacjonarny, w razie braku odpowiedzi nagrywając się na automatyczną sekretarkę, a najbogatsza nastolatka w miasteczku używa discmana. Czy chodzi o lata 90.? Dwutysięczne? Równoległą rzeczywistość?
W związku z wyżej wymienionymi muszę przyznać, że po dobrnięciu do końca miałam jedynie poczucie zmarnowanego czasu. Myślę, że nawet gdyby więcej uwagi poświęcono postaci pozornie nudnego Petera, „Uśpieni i martwi” są zbyt miałką, zagmatwaną i męczącą powieścią, aby miała szansę zapaść mi w pamięć.
Izabela Fidut
(izebale.fidut@dlalejdis.pl)
Ann Cleeves, „Uśpieni i martwi”, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań, 2024r.
Komentarze