„W błogiej nieświadomości” – recenzja

Recenzja książki „W błogiej nieświadomości”.
Niecodzienna sytuacja odsłania prawdziwe oblicze dwóch rodzin.

W tytułowej błogiej nieświadomości żyje w Londynie Peter, Maddie i ich dwuletni syn Theo. Pewnego dnia do drzwi ich mieszkania puka dwóch mężczyzn. Nie, to nie namolni krzewiciele wiary, a prywatny detektyw i człowiek podający się za… biologicznego ojca Theo. Wyniki testów DNA potwierdzają, że chłopiec jest potomkiem Milesa i Lucy Lambertów, a ci z kolei wychowywali przez dwa lata opóźnionego w rozwoju Davida będącego dzieckiem Petera i Maddie.

Najpierw przychodzi szok, a potem próba wypracowania jakiegoś rozwiązania - w końcu nie chodzi tylko o dobro malców, ale również sądową batalię odszkodowawczą z szpitalami, jaka czeka całą czwórkę. Kiedy już wydaje się, że doszło do ustalenia dogodnego dla obu stron kompromisu, układ sypie się jak domek z kart, a nasi bohaterowie zaczynają prawną i emocjonalną grę z ogromną stawką.

„W błogiej nieświadomości” jest jedną z bardziej „płynnych” powieści, jakie trafiły w moje ręce ostatnimi czasy. Krótkie rozdziały fabularne przetykane streszczeniami dowodów i dokumentów oraz prosty, pozbawiony zbędnych opisów i nadmiernej psychologizacji, język sprawiają, że czyta się szybko, a nawet, kiedy robi się przerwy, łatwo jest na powrót zatopić się w lekturze. To z kolei czyni przymknięcie oka na wątpliwości dotyczące tego, na ile to, co się dzieje, jest możliwe zarówno, jeśli chodzi o logikę, jak i brytyjskie rozwiązania legislacyjne, mniej kłopotliwym.

Narratorów mamy dwoje: Maddie i Petera, intryg nieco więcej, sekrety nie są może rzucające człowiekiem o ścianę, ale pozwalają na kilka godzin relaksu, o ile można tak nazwać patrzenie, jak komuś rzucają coraz większe kłody pod nogi. Odrobina frustracji pojawia się w momentach, gdy autor chciał dodać historii pazura i ludzie zaczynają seryjnie wpadać pod samochód, ale, cóż, skoro w Londynie tak ciężko znaleźć żłobek i miejsce parkingowe, to być może jest to zgodne z realiami życia w tej multikulturowej metropolii. Finał jest moim zdaniem ciut przedramatyzowany, a rozwiązania głównej zagadki dotyczącej osoby odpowiedzialnej za podmianę noworodków domyśliłam się dość wcześnie.

Podsumowując, książka nie jest wybitna, ale również nie jest zła. JP Delaney sprawnie operuje słowem, dzięki czemu byłam w stanie wybaczyć mu więcej niż zwykle. Nie powiedziałabym jednak, że mamy do czynienia z thrillerem, jest to bardziej dramat z kilkoma przebłyskami akcji i częściowo dającymi się lubić postaciami.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

„W błogiej nieświadomości”, JP Delaney, Wydawnictwo Otwarte, Kraków, 2021 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat