„W deszczu łatwiej ukryć łzy” – recenzja

Recenzja książki „W deszczu łatwiej ukryć łzy”.
Nie ma nic złego w tym, że na samym początku książki znamy jej zakończenie. Ważna jest ta historia, która nas do niego doprowadzi.

Od kilku lat rzadko sięgam po literaturę typowo kobiecą. Musiałam odpocząć od tych pięknych, choć momentami dość nieporadnych życiowo bohaterek, które żyły właściwie po to, by kochać i być kochanymi.

Tak więc po dłuższej przerwie sięgnęłam po „W deszczu łatwiej ukryć łzy” Beaty Olejnik. To literacki debiut, choć oczywiście o niczym jeszcze nie musi to świadczyć. Coś mnie w tej książce zaintrygowało... Może okładka lub tytuł? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Zdecydowałam jednak, że taka kobieca książka będzie miłym czytelniczym urozmaiceniem.

Główną bohaterką powieści jest Marta – prowadząca swoją kwiaciarnię 25-latka - związana z Grzegorzem, ambitnym młodym businessmanem i otoczona grupką wiernych przyjaciół. Życie Marty diametralnie zmienia się w momencie, gdy przed jej kwiaciarnią pojawia się młody, wychudzony i zaniedbany chłopak. W Marcie, która kilka lat wcześniej straciła w wypadku młodszego brata, zostaje poruszona jakaś czuła struna. Za wszelką cenę chce poznać tego wycofanego chłopaka i mu oczywiście pomóc. Martę z Sebastianem zaczyna łączyć bardzo silna więź i dziewczyna w krótkim czasie traci kontrolę nad tą znajomością.

Choć taki zarys fabuły przedstawiał się zachęcająco, w praktyce wyszła z tego bardzo dziwna historia. Może być to w dużej mierze wina kreacji samych bohaterów. Mamy bowiem Martę, która tak naprawdę sama nie wie czego chce, miota się wewnętrznie i ciągle, do znudzenia, prowadzi ze sobą te same monologi dotyczące mężczyzn. I ja rozumiem, że takie decyzje związane z uczuciami nigdy nie są łatwe, jednak w rozważaniach Marty naprawdę do niczego to nie prowadzi. Zakładam, że jedyny cel tych nasączonych łzami rozmyślań był taki, aby czytelnik mógł bez cienia wątpliwości przekonać się, że jest wrażliwa i dojrzała jednocześnie. Marta, jak na główną bohaterkę, jest niestety dość mdła i do tego ma tendencję do zagłaskiwania wszystkich wokół. W pewnym miejscu, podczas lektury zastanawiałam się, czy w ogóle autorka książki lubi swoją bohaterkę... Mamy też mężczyzn w życiu Marty. Grzegorz, jej chłopak, bardzo szybko okazuje się być mocno jednowymiarowy, bo to pasuje do tej historii i mocno usprawiedliwia zachowanie Marty (która przecież musi być nieskazitelnie niemal dobra, więc jeśli np. ona była niewierna - choćby w myślach, to jej partner musiał być niewierny chwilę wcześniej). Sebastian, ten młody „uratowany”, z kolei jest taką trochę bardziej młodzieżową, męską wersją głównej bohaterki. Życie w trudnych warunkach idzie właściwie w zapomnienie, gdy odmienia się jego los, jest tak zdolny, że w sumie w ciągu jednych wakacji nadrabia materiał z 8 lat szkoły i może wyjechać za granicę (no bo przecież już po kilku lekcjach języka angielskiego, swobodnie odpowiadał na pytania), żadnego nastoletniego buntu, żadnego zmęczenia, zniechęcenia, nic. Idealny chłopak – trochę taki odpowiednik bajkowego Kopciuszka.

Relacja między Martą i Sebastianem poszła w kierunku, którego się nie spodziewałam (choć pewnie powinnam była to przewidzieć). Pomyślałam, że to nawet ciekawe rozwiązanie, które pozwoli nabrać tej historii nowych barw. Niestety, na potencjale się skończyło. Autorka nie zagłębiła się w ogóle w ten wątek (akceptacji społecznej, różnych poziomów dojrzałości, innych priorytetów, innego statusu społecznego, itd.), pozwalając nam jedynie dryfować po mało przejmującej, cukierkowej (poza płaczliwymi rozważaniami Marty) powierzchni. Końcówka książki natomiast na pewno zadowoli tych, którzy oczekiwali happy endu, choć mnie pozbawiła złudzeń i resztek szacunku dla tej bohaterki.

Wiem, po co książki takie jak „W deszczu łatwiej ukryć łzy” są pisane. Wiem, że mają swoją misję do wypełnienia. Sama niegdyś czułam się związana z tym gatunkiem. Zastanawiam się jednak dlaczego autorzy, tacy jak Beata Olejnik, muszą budować swoją historię na naprawdę trudnych społecznie tematach, a później pozostawiać czytelnika z poczuciem rozczarowania, nie przejmując się tymi problemami w ogóle. Wprowadzenie takich wątków do historii po to, aby przez chwilę czytelnikowi zrobiło się żal, ale bez zakłócenia pięknego obrazka, wydaje mi się bardziej szkodliwe niż omijanie niewygodnych tematów z daleka. Bo jeśli ta książka choć w minimalnym stopniu ma odzwierciedlać rzeczywistość, to nie udało się to autorce.

AP
(biuro@dlalejdis.pl)

Beata Olejnik, „W deszczu łatwiej ukryć łzy”, Novae Res, Warszawa, 2020



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat