Jednak gdy powieść trafiła w moje ręce, nie spodziewałam się tego, co zobaczę.
Główny bohater to Benjamin Lee Baumgartner – syn hipiski i Indianina z plemienia Hopi. Niestety Benjamin nigdy nie poznał swojego ojca i jego kultury, gdyż ten zmarł dawno temu, kiedy mężczyzna był jeszcze małym chłopcem. Dlatego też decyduje się na podróż, której celem jest poznanie swoich rodzinnych korzeni. Jedyną pamiątką, jaką ma po ojcu (poza oryginalnym, egzotycznym wyglądem) to tajemniczy pierścień pochodzący z plemienia Hopi. Okazuje się, że nie jest dla niego tak cennym rodzinnym zabytkiem, ponieważ przy pierwszej lepszej okazji sprzedaje go, by móc zaprosić nowo poznaną dziewczynę na randkę. Przez całą swoją podróż robi wszystko, by się nie zakochać. Niestety wszystko na próżno, ponieważ to uczucie w końcu dopada go i to w najmniej odpowiednich momentach. Poza tym mężczyzna, ma dość nietypową obsesję - zdecydowanie nie chce znać imion nowo poznanych osób, ponieważ wmówił sobie, że jeśli tylko będzie znał imię danej osoby, czar znajomości pryśnie...
Początkowo myślałam, że to jakiś żart, albo co najmniej pomyłka. Nie jest to zwykła książka, napisana tak jak zazwyczaj bywa. Literki zmniejszały się, rosły, przeskakiwały przez strony na stronę, przelewały się na obrzeżach kartki, wspinały się na ukos, wirowały. Jednym słowem – totalny chaos. Nie jestem zwolenniczką tego typu zabiegów „upiększających”, ale przyznam, że nie zraziłam się do niej – przynajmniej na początku. Trzeba powiedzieć, że autor obrał ciekawy zamysł artystyczny. Również narracja i dialogi są ciekawe - poprzeplatane są polskimi i angielskimi wtrąceniami, co w pewnym momencie staje się niezłą gimnastyką umysłową, bo pojawiały się nawet idiomy, i to wcale nie takie proste.
Żeby nie było zbyt prosto, Wolf Haas zastosował również szereg innych ciekawych zabiegów. Pojawiają się zabawne komentarze "odautorskich" umieszczone w kwadratowych nawiasach, np. [W TYM MIEJSCU OPIS LONDYŃSKIEJ ATMOSFERY. LUDZIE. SAMOCHODY. DOMY. 1988. WIDOK Z MOSTU]. Co więcej możemy znaleźć w „W obronie pozycji misjonarskiej” - strony pełne chińskich znaków i mikroskopijnej czcionki, a nawet takie, gdzie ten sam blok tekstu, pojawia się na wielu stronach w postaci pewnego "wyciągu" z góry do dołu. Nie powiem, autor sporo się napracował, żeby stworzyć takie „wybitne dziwactwo”. Z jednej strony czytelnik ma wrażenie, że obcuje z dziełem geniusza, który stworzył bardzo oryginalną, nowoczesną i humorystyczną publikację, ale z drugiej jednak – mamy wrażenie, że to szaleniec, który podjął się niesamowicie ryzykownego i niebezpiecznego pomysłu publikując takie dziwne coś.
Zdecydowanie nie jest to powieść, którą czyta się jednym tchem. Trzeba mieć cierpliwość do tej książki. Wszystko tu jest inne i niezwykłe, widać oryginalność w narracji, w kreowaniu bohaterów, w zapisie graficznym. Czyta się ją stopniowo i powoli, przez co czytelnik dogłębnie wnika w umysł autora/bohatera. A trzeba przyznać, że Benjamin jest specyficzną postacią, gdyż ma niezwykle pokręconą psychikę. Poza tym zastanowią nas to, co tak naprawdę jest głównym wątkiem: Baumgartner i jego indiańscy przodkowie? Inicjacje i relacje jego poszczególnych miłości, czy może przyjaźń z autorem książki?
"W obronie pozycji misjonarskiej" to awangarda sama w sobie. Czytelnicy, którzy lubują się w konwencjonalnych powieściach, powinni trzymać się z dala od książki Wolfa Haasa. Dowcipna, czasami absurdalna, mimo to czytając ją jest miło, zabawnie i nietuzinkowo. Ta książka to na pewno ciekawy i śmiały eksperyment, jednak o samej pozycji misjonarskiej autor prawie wcale nie wspomina.
Klaudia Kwiatkowska
(klaudia.kwiatkowska@dlalejdis.pl)
Wolf Haas, W obronie pozycji misjonarskiej, Warszawa, Wydawnictwo Burda Książki, 2014
Komentarze