Książka Anny Dąbrowskiej „W rytmie passady” od samego początku przykuła moją uwagę. Jako wielka miłośniczka tańca nie mogłam przejść obojętnie obok takiego tytułu i takiego zdjęcia na okładce, które wyrażają więcej niż tysiąc słów. Jeszcze przed przeczytaniem książki, wertując jej kartki, jakby szukając odpowiedzi na pytanie, czy wniesie ona coś do mojego życia, czułam w sercu coś, co nie dawało mi spokoju. Coś, co mówiło, że ta historia nie tylko mnie poruszy, ale sięgnie do najtajniejszych głębi mego serca.
Julita w niczym nie przypomina swoich rówieśniczek. Mimo że chodzi do szkoły średniej i niedługo będzie pisać maturę, nie ma chłopaka, unika imprez, jest zamknięta w sobie, a wokół siebie buduje mur oddzielający ją od innych ludzi. Trzy lata wcześniej, w dniu urodzin, została przez kogoś bardzo skrzywdzona i od tamtej pory nie potrafi sobie poradzić z ogromnym lękiem, który w niej pozostał. Marcel, 28-letni instruktor tańca, każdego dnia zmaga się z ciężką chorobą swojej matki. Za namową przyjaciela postanawia wziąć udział w konkursie tanecznym, który daje mu szansę wygrania dużej sumy pieniędzy. Chłopak ma nadzieję, że dzięki nim będzie mógł kupić jakiś nowoczesny lek, by pomóc swojej mamie lub chociaż ulżyć jej w cierpieniu. Tych dwoje spotyka się na tanecznej drodze. Razem walczą ze swoimi słabościami, krok po kroku pokonując kolejne przeszkody, które do tej pory wydawały się nie do przebycia. Namiętny taniec powoli zaczyna przemieniać ich wnętrza, tworząc niewidzialną i delikatną nić prawdziwej miłości.
Może to dziwnie zabrzmi, ale nie wiem, co mam Wam napisać o tej książce. Nie dlatego, że nie przedstawia sobą żadnej wartości, ale właśnie z tego powodu, że powaliła mnie na kolana i dosłownie odjęła mi mowę. Próżno rozwodzić się tutaj nad językiem powieści, który jest wprost genialny, czy nad kreacją bohaterów i fabułą, których nie mogłyby się powstydzić chociażby największe filmowe produkcje. Jeżeli o mnie chodzi, to ta książka po prostu weszła do mojego serca i nie zamierza stamtąd wychodzić. Nie weszła drzwiami tylko wyburzyła kawałek ściany, dokładnie tam, gdzie mnie najbardziej boli. Chociaż słowem nie wspomnę o tym, który dokładnie fragment (a raczej fragmenty, bo było ich więcej) mnie dotknął tak osobiście, to pewnie nietrudno się domyślić lub snuć co do tego podejrzenia. To, co zrobiła ta powieść we mnie, wliczając w to łzy, tak pieczołowicie do tej pory skrywane, i ból, który znowu rozrywa mi wnętrzności, to jest nie do opisania. I to nie w sensie negatywnym, tylko właśnie pozytywnym. Dokładnie to jest największą wartością książki, że nie można obok niej przejść obojętnie, ani ona nie może przejść obojętnie obok nas. Nigdy nie miałam do czynienia z taką książką i pewnie długo po niej nie będę miała. To bez znaczenia. Ważne, że jest ze mną teraz, w tym momencie i pokazuje mi, że nie warto kryć ran. Je trzeba leczyć.
Cóż mogę powiedzieć… Polecam tę książkę z całego serca. Jestem przekonana, że każdy z Was znajdzie w niej cząstkę siebie. Może tę bolesną, może tę bardziej radosną, ale na pewno uzdrawiającą.
Katarzyna Kubiak
(katarzyna.kubiak@dlalejdis.pl)
Anna Dąbrowska, „W rytmie passady”, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2017
Komentarze