Uwielbiam książki, których akcja rozgrywa się w czasach historycznych. Mają one swój specyficzny, trudny do opisania, ekscytujący klimat. Ważne jednak, żeby umiejętnie wykorzystać realia wybranej epoki. A sztuka to niełatwa, bowiem bardzo łatwo o „zanieczyszczenie” fabuły współczesnym myśleniem. I przy okazji tej kwestii pozwolę sobie na jeden jedyny przytyk do „Błazna królowej”, dotyczący właśnie tego, że jakoś trudno było mi sobie wyobrazić w Anglii XVI wieku młodą drobnomieszczankę, która snuje plany stworzenia z małżeństwa związku partnerskiego. I to by było na tyle, jeśli chodzi o krytykę z mojej strony. Ogólnie bowiem powieść Philippy Gregory mnie po prostu zauroczyła.
Hanna Green zmuszona została do opuszczenia Hiszpanii tuż po tym, jak Święta Inkwizycja wyciągnęła swe szpony po matkę dziewczyny. Po tułaczce po Europie w przebraniu, żydowski drukarz wraz z córką znaleźli względnie bezpieczne miejsce do życia: Anglię. Tu otwierają mały sklepik z książkami i starają się nikomu nie rzucać w oczy. Jednak nawet najbardziej staranny kamuflaż nie ukryje daru, który dziewczyna odziedziczyła po matce. Hanna potrafi bowiem, niezależnie od siebie i nigdy na zawołanie, widzieć rzeczy niedostępne dla innych, w tym sceny, które mają się dopiero zdarzyć. To właśnie jej dar (który czasem należałoby traktować raczej jak przekleństwo) bezpośrednio przyczynił się do tego, że oddelegowana została na dwór królewski Edwarda, syna słynnego Henryka VIII. Młoda dziewczyna, choć była jedynie błaznem, bożym głupcem, którego pozycja porównana została do ulubionego pieska, bardzo szybko zyskała nową rolę na dworze – została małym szpiegiem. Dzięki temu, że uważana była za chłopczycę i dzięki swemu darowi, szybko zyskiwała zaufanie i sympatię najbardziej wpływowych arystokratów i dwóch księżniczek: Marii i Elżbiety, którym przyszło walczyć o sukcesję po zmarłym bracie Edwardzie.
Hanna prowadziła bardzo niebezpieczną grę, często szpiegując na dwa fronty i starając się być lojalną wobec każdej ze stron. Zadanie to wymagało nie lada elastyczności, bowiem dwór Tudorów miał prawdziwa smykałkę do intryg i spisków. A ich żywe opisy w „Błaźnie królowej” są jednym z powodów, dla których tak ciężko oderwać się od tej książki.
To, w jaki sposób Philippa Gregory opowiedziała historię Marii Tudor zasługuje na podziw. „Błazna królowej” czyta się jak mroczną opowieść, romans, powieść historyczną i fascynującą baśń jednocześnie. Język, lekko stylizowany na XVI-wieczny styl, w którym utrzymana jest cała opowieść powodują, że bez problemu można przenieść się w czasie, zatracając nawet czasem rozeznanie, co jest fikcją, a co prawdą historyczną.
Mam wrażenie, że jeszcze na długo pozostanę pod wrażeniem „Błazna królowej”. A Philippę Gregory ogłaszam moją nową ulubioną autorką powieści historycznych. Jeśli lubicie ten rodzaj literatury, to wierzę, że niedługo stanie się i waszą.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Philippa Gregory, „Błazen królowej”, Wydawnictwo „Książnica”
Komentarze