Krzysiek to absolutny życiowy nieudacznik całe swoje życie skupiający na ekranie monitora. Prawdziwe życie ucieka mu sprzed nosa. Ale nic w tym dziwnego, jeśli nie wychyla się go poza cztery ściany, koncentrując całą egzystencję na wirtualnych przygodach, wirtualnych przyjaciołach, a nawet wirtualnym uczuciu. I wszystko to sprawia, że „Nie pytaj mnie o Rose” momentami mocno irytuje.
Historia Krzyśka, abstrahując od nałogu, zakrawa na kawał banału. Oto nasz bohater pewnego dnia otrzymuje wiadomość od tajemniczej Rose. Początkowo nieufny, szybko zaczyna darzyć dziewczynę uczuciem i to na tyle silnym, że kiedy ta znika, Krzysztof odrywa się od monitora i rusza na poszukiwanie. A podróż ta jest całkiem światowa. I towarzyszy jej szereg zaskakujących, ale też jednocześnie denerwujących zbiegów okoliczności. Ot, nieco zahukany Krzysiek nagle staje się odważnym współczesnym rycerzem, który zrobi wszystko, by odnaleźć dziewczynę. Niestety, jakoś nie kupuję tej historii. Może zwyczajnie została źle podana.
To, co udało się Pawłowi Olearczykowi, to pokazanie destrukcyjnej siły Internetu, która niszczy wszystko. Niestety, wirtualny żywot, choć znacznie bezpieczniejszy, jest marnym substytutem realu. Nic nie zastąpi żywych ludzi i prawdziwych emocji. Warto się w porę opamiętać.
Katarzyna Stec
(kultura@dlalejdis.pl)
Paweł Olearczyk, „Nie pytaj mnie o Rose”, Novae Res 2011
Komentarze