Naprawdę trudno jest napisać recenzję kolejnej książki, która tak mocno wpisuje się w niezwykle popularny ostatnimi czasy nurt fantastyki dla nastolatek. Tak, jak kolejnym autorkom, nie zawsze udaje się uniknąć analogii do sagi, która wszystko to zapoczątkowała, czyli "Zmierzchu" Stefanie Mayer, tak mi jako recenzentce, coraz trudniej przychodzi powiedzieć coś nowego na temat tego typu książek. Mimo to spróbuję.
Warto zacząć od tego, że "Maskaradę" czyta się bardzo dobrze i w swojej kategorii jest to naprawdę niezła książka. Mimo, że fabuła powieści jest do pewnego stopnia przewidywalna, to na pewno nie będziemy się nudzić w trakcie lektury. Od pierwszej do ostatniej strony powieści, w życiu głównej bohaterki czyli Schuyler Van Alen bez przerwy coś się dzieje, a akcja sprawia, że z niecierpliwością będziemy kartkować kolejne strony.
Po śmierci Cordelii, Schuyler wraz z przyjacielem Oliverem wyruszają do Wenecji, aby odnaleźć Lawrence'a - dziadka dziewczyny, który jest jedyną osobą mogącą pomóc jej w walce ze srebrnokrwistymi. Niestety, okazuje się, że ich wysiłek wcale nie oznacza, że Lawrence zechce im pomóc. Wracają więc do Nowego Yorku, gdzie ma się odbyć bardzo ważny dla społeczności błękitnokrwistych bal czterystu, a Schuyler jako przedstawicielka rodziny Van Alenów oczywiście musi wziąć w nim udział.
Choć sam bal nie jest aż tak istotny dla przebiegu akcji, dzięki niemu w "Maskaradzie" znów nie zabraknie mody, a zwłaszcza opisów sukni wieczorowych. Muszę przyznać, że o ile w pierwszej części były one dla mnie nużące, to w drugim tomie naprawdę nieźle mi się je czytało.
Tak jak Bella musiała wybrać pomiędzy Jacobem a Edwardem, czy Clary pomiędzy Jacem i Simonem, tak u Melissy De La Cruz jednym z wątków jest dylemat dziewczyny rozdartej pomiędzy najlepszym przyjacielem i niedostępnym przystojniakiem. Choć wybór Schuyler łatwo przewidzieć, to że Jack zaczyna się nią interesować, naprawdę nie podoba się jego bliźniaczce Mimi. Jeśli w pierwszym tomie Mimi wydawała wam się próżna i wredna, to zapewniam, że w "Maskaradzie" przechodzi samą siebie. Ta dziewczyna musi mieć wszystko, czego zapragnie tu i teraz i nie zawaha się sięgnąć po ostateczne środki, aby wyeliminować Schuyler. Przy okazji dowiemy się także, dlaczego Mimi jest aż tak zazdrosna o Jacka, który bądź co bądź jest jej bratem.
Same stosunki pomiędzy Schuyler a Oliverem również się skomplikują. Nie tylko dlatego, że dziewczyna coraz bardziej zbliża się do Jacka. Głównym powodem zachwiania ich przyjaźni jest fakt, że zaczynają ujawniać się jej wampiryczne cechy, a wśród nich przede wszystkim głód krwi.
Nowe postacie, które pojawiają się w świecie błekitnokrwistych, czyli Lawrence Van Alen i nowy uczeń Kigsley Martin, znacznie skomplikują życie nowojorskich wampirów. Schuyler nie będzie już sama w walce ze srebrnokrwistymi.
Jak przystało na drugi tom, nie wiele się w książce wyjaśnia, a wręcz wszystko się porządnie komplikuje. A nawiązując do tytułowej maskarady, najtrudniejszym zadaniem okaże się przejrzenie gry pozorów i intryg, które toczą się w samym świecie wampirów. Kto jest wrogiem, a kto przyjacielem? Na to pytanie Schuyler będzie coraz trudniej znaleźć odpowiedź.
Podobnie jak w przypadku "Błękitnokrwistych", wydanie książki utrzymane jest na bardzo dobrym poziomie. Niestety, tym razem okładka autorstwa Wojciecha Zwolińskiego mnie nie zachwyciła. Warto zajrzeć do wirtualnej galerii tego fotografa, aby przekonać się, że ma on w swoim portfolio o wiele lepsze prace, niż ta, którą oglądamy na okładce "Maskarady." Osobiście mam wielką nadzieję, że w kolejnych tomach książki wyjdzie mu to lepiej.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl
Melissa De La Cruz, "Maskarada", Wydawnictwo Jaguar 2010
Komentarze