Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, bo przecież Warszawa jest miastem szczególnym. Miasto które miało (i ma!) w sobie przedwojenną magię zaginionego już świata. A jednocześnie było miejscem, w którym trzeba było wykonać plan zabudowy urbanistycznej, aby mieszkańcy miasta mogli po prostu żyć.
Jest symbolem walki, odrodzenia, ale również ciężkiej wieloletniej pracy.
Powstała z gruzów, od nowa trwając niestrudzenie naprzeciw czasom niepokoju – nieugięta. Warszawa poległych, Warszawa ocalałych, Warszawa ludzi - dlatego właśnie jest feniksem. Ale dla tych, którzy byli przy jej mapach, planowaniu, zagospodarowaniu jej przestrzeni, to pomimo tego legendarnego wskrzeszenia – zmartwychwstania, symbolu, patosu i dumy jaką w sobie niesie - to miasto odbudowane.
Stworzone po raz drugi – cegła po cegle, w pocie czoła, w braterskiej jedności
Książka jest wspomnieniami Mariana Spychalskiego, prezydenta Warszawy w latach 1944 – 1945, ale również Mariana Spychalskiego - architekta, który zrezygnował z ukochanego zawodu, aby oddać siebie umiłowanemu miastu.
Wstęp napisany przez architekta Adama Wagnera oraz kilka słów od wnuczki Mariana Spychalskiego – Małgorzaty, są bardzo istotnym elementem książki. Nakreślają sylwetkę autora wspomnień i pokazują (słowa wnuczki) Mariana Spychalskiego od strony bardziej prywatnej.
„Warszawa architekta” to wspomnienia Mariana Spychalskiego. Jednak książka jest napisana w sposób bardzo skrupulatny, rzeczowy, dlatego sprawia wrażenie, zapisków architekta – po prostu, na temat rzeczywistości i jego miejsca w niej. Pomimo iż może są to zapiski, nie brakuje w nich nostalgii, styl nie jest oschły – pozbawiony osobistych wzmianek.
Dlatego ciężko jednoznacznie stwierdzić czy to tylko osobiste zapiski architekta, wspomnienia działacza czy pamiętnik Warszawiaka.
Ponieważ treść książki jest pisana dość praktycznie, nie porywa ona od pierwszych stron, stając się w prosty sposób zapisem czasów minionych. Tym samym tempo czytania jest dość jednostajne. Sam podział zawartej treści na części nadaje już praktyczny wymiar „Warszawie architekta”, jednocześnie porządkując i pomagając czytelnikowi w tej warszawskiej podróży. Dopiero ostatnia część rozbudza w nas ogromną ciekawość czytania. To właśnie w „Wspomnienia z okresu pracy na stanowisku prezydenta miasta Warszawa, 15 września 1944 – 5 marca 1945” (ostatnia – V, część), widać jak mocno autor jest związany z miastem. Na ostatnich stronach książki pojawiają się przemyślenia, wątpliwości, a także niekiedy plany do tego co będzie po wyzwoleniu. Przez cztery części Marian Spychalski zachowuje dystans, a może po prostu lakoniczny styl – bez większej emocjonalności. Można pomyśleć, że Warszawa była dla niego ważna, ale nie najważniejsza. Jednak w V części tej książki czytelnik widzi, iż to miasto stało się dla niego – w końcu Łodzianina, duszą i sercem, które zawsze biło, nawet, gdy przykrył je gruz, zgliszcza i śmierć.
Gdy ktoś spojrzy na postać Mariana Spychalskiego tylko pod kątem jego osiągnięć zawodowych (boisko sportowe AZS Poznań przy ul. Pułaskiego, plany otoczenia i dojazdów do tzw. Mostu Zjednoczenia – obecnie Most Królowej Jadwigi w Poznaniu czy korty Legii w Warszawie), przyzna, że miał talent i był dobry w tym co robił. Gdy ta sama osoba wyczyta w jego biografii, iż nie wierzył w boga i był komunistą, prawdopodobnie stwierdzi, iż wszystko co stworzył trzeba zrównać z ziemią.
Skrajność nigdy nie jest dobra.
Dlatego lepiej już dziś zdać sobie sprawę, że nie wierzący w Boga komunista w 1937 roku na Międzynarodowej Wystawie „Sztuka i Technika” w Paryżu, został laureatem Grand Prix. Nagroda przyznana została za projekt nowego planu zabudowy Warszawy. I ten sam komunista, był prezydentem Warszawy w latach 1944 – 1945 roku.
Był komunistą? Tak.
Nie wierzył w Boga? Tak.
Ale wierzył w idee, nie w ludzi, którzy o niej mówili, a to nie koliduje z byciem dobrym i moralnie ukształtowanym człowiekiem.
Katarzyna Prędotka
(katarzyna.predotka@dlalejdis.pl)
Marian Spychalski; „Warszawa architekta”; Bellona; Warszawa 2015
Komentarze