„Wham! George i ja” - recenzja

Recenzja książki „Wham! George i ja”.
„Jak zawsze czekałem na George'a”

Podobno „Last Christmas” to druga pod względem popularności piosenka świąteczna. Pewnie tak jest, bo gdy tylko zaczyna się okres bożonarodzeniowy, pojawia się Wham! ze swoją wizją świątecznego wypoczynku. A w teledysku - wiadomo, George Michael i ten drugi. Ten, który przynajmniej na początku był mózgiem projektu muzycznego, znanego jako Wham!, człowiek, który po latach zdecydował się na podzielenie się ze światem wspomnieniami o przyjacielu, który odszedł w Boże Narodzenie.

Ta historia zaczyna się od dnia, gdy Georgios Panayiotou trafi do klasy Andrew Ridgeleya. „Nowy” to syn greckiego (a może bardziej cypryjskiego) restauratora, nastolatek o potwornie trudnym do wymówienia nazwisku, z lekką nadwagą i w grubych okularach - tak go zapamiętał Andrew, który dość szybko zaprzyjaźnił się z nowym uczniem. Łączyło ich sporo, m.in. ojcowie, którzy z powodów politycznych przenieśli się do Wielkiej Brytanii, czy miłość do muzyki. To właśnie ona stanie się najważniejsza.

We wspomnieniach mamy miłego łobuza, jakim był Andrew, i poukładanego George'a, który zmieni imię i nazwisko dopiero po wydaniu pierwszego singla. Dla Andrew pozostanie Yogiem, nawet wtedy, gdy będzie święcił tryumfy jako gwiazda muzyki.

Mimo że jest to książka o powstaniu Wham!, to dzięki wspomnieniom, które zapisano dopiero 3 lata po śmierci George'a Michaela, poznajemy lepiej właśnie jego. Zespół miał powstać i podbić rynek - taki był pomysł Andrew; pomysł, do którego musiał przekonać  szantażem George'a. Ich muzyczny debiut nakłada się na czas kryzysu gospodarczego w Wielkiej Brytanii, zatem obaj panowie stają przed dość trudnym wyborem: albo im się uda, albo zasilą urząd dla bezrobotnych. Początki nie są zbyt obiecujące, ale pokazują, że osiemnastolatkowie są zdeterminowani. A wraz z kolejnymi singlami, gdy odpowiedzialność za komponowanie i pisanie tekstów przejmuje już tylko George, okazuje się, że to, co dla Andrew miało być tylko krótkim epizodem w życiu, dla George'a stało się pomysłem na życie.

Już na kilka miesięcy przed ostatnim, finałowym koncertem jako Wham!, młody wokalista podbijał serca występami z gwiazdami, choćby przy nagrywaniu „Do they know it's Christmas” czy w czasie koncertu Live Aid. George śpiewający z Eltonem Johnem - taki obrazek zapisał się w pamięci Andrew Ridgeleya, który pokazuje, że w jakimś sensie stał się ojcem chrzestnym kariery wokalisty. Dla niego jest Yogiem, dostającym szału na punkcie swoich kręconych włosów, które nieustannie prostował i rozjaśniał.

„George i ja” to brakujące ogniwo, które pozwala lepiej zrozumieć fenomen wokalisty, jakim był George Michael. Gdyby nie Wham!, nie byłoby jednej z najpopularniejszych piosenek świątecznych czy hitów, bez których trudno sobie wyobrazić szalone lata 80. „Wake me up before you go-go” czy „Careless whisper”, które wypromowano jako piosenkę solową George'a to hity, na stałe wpisane w historię muzyki rozrywkowej. Po książkę chętnie sięgną wielbiciele muzyki Michaela, ale również ci, którzy tęsknią za muzyką lat 80. Tu jej pełno, choć to tylko książka.

Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)

Andrew Ridgeley, „Wham! George i ja”, Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2020



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat