Od lat mam słabość do czarnych charakterów. Nie wynika to tylko z niechęci do zazwyczaj przesłodzonych wątków głównych wielu powieści, baśni i bajek czy tego, że sama jestem „mrocznym typem”. Pozornie złe postacie zazwyczaj są o wiele bardziej złożone. Poddanie ich analizie czy uczynienie pierwszoplanowymi zawsze jest czymś nowym. To od autora zależy, na co położy nacisk. Stąd tego typu książki nigdy nie są nudne. Pytanie, czy zawsze są dobre.
Kiedy w klasycznej opowieści L. F. Bauma Dorotka triumfuje nad Złą Czarownicą z Zachodu, poznajemy tylko część historii. „A gdyby tak spojrzeć na te wydarzenia z perspektywy tajemniczej Czarownicy? Skąd się wzięła i dlaczego była zła?” - pyta wydawca, którego dalszy opis głosi: „zwierzęta mówią i walczą o swoje prawa obywatelskie, Manczkinowie starają się wejść do klasy średniej, a Blaszany Drwal pada ofiarą przemocy w rodzinie. W tym świecie mała zielonoskóra dziewczynka o imieniu Elfaba wyrośnie na osławioną Złą Czarownicę z Zachodu. Bystra, zjadliwa i nierozumiana zmusi was do ponownego przemyślenia swoich przekonań na temat natury dobra i zła.”
Od pierwszych stron zwróciłam uwagę na pewną niezgodność. Otóż książka nie jest w pełni perspektywą Elfaby, Złej Czarownicy. Oczywiście jest ona bohaterką, wokół której całość się obraca, niemniej to nie ona prowadzi narrację. Przez znaczną część poznajemy ją z perspektywy innych bohaterów i w dodatku z „łącznikiem” w postaci narratora. Mnie brakowało trochę jej myśli, emocji. Nie znaczy to jednak, że bohaterka i jej sytuacja nie zostały dokładnie przedstawione. Opis jej rodzinnego domu, jeszcze sprzed narodzin, był bardzo szczegółowy i przytłaczający. Mimo że zielonoskóra dziewczynka nie była ideałem, łatwo o sympatię dla niej. Może dlatego, że została odrzucona przez otoczenie ze względu na odmienność? Ten wątek został rozwinięty genialnie. Chyba właśnie dzięki elementom typowym dla fantastyki i pewnemu przerysowaniu z nimi związanymi, jeszcze dosadniej wybrzmiał.
Inne kwestie zakorzenione w pierwowzorze również zostały rozłożone na czynniki pierwsze, a problematyka przeniesiona na współczesny grunt. Rasizm i seksizm to kolejne sprawy podjęte przez Maguire’a bardzo umiejętnie. Sięgnął on również do motywu władzy. Czarnoksiężnika z Oz przedstawił przy tym w ciekawy sposób (jednak szczegółów nie zdradzę). To, do czego ludzie są zdolni, byle ją osiągnąć dosłownie bije po oczach z kart „Wicked...”. Dwuznaczność bohaterów i wielowątkowość powieści skłaniają do przemyśleń i refleksji. Książka prędko okazuje się znacznie ambitniejsza niż mogłoby się wydawać w momencie sięgania po nią. Co więcej, została napisana lekkim piórem. Naprawdę szybko i łatwo się ją czyta, mimo że podejmuje ważne tematy.
Tytuł ten jest jedynie inspirowany „Czarnoksiężnikiem z krainy Oz”. Nie wymaga znajomości czy przypominania go sobie, ażeby wyciągnąć, co należy. Całość podobała mi się i uważam, że jest warta polecenia nie tylko wielbicielom fantastyki. Mimo że reprezentuje ten gatunek, podejmuje kwestie społeczne oraz problemy bardzo aktualne. Daje do myślenia, a w dodatku jest nietypowa. Pomysłowość i styl pisania autora przypadły mi do gustu, bo dzięki temu mimo złożoności wątków, jest to książka, którą po prostu dobrze się czyta, która ani przez chwilę nie nudzi. Nie jest to próba „wstrzelenia się w modę na czarne charaktery”, a rozważania, jak trudy życia mogą ukształtować człowieka. Odebrałam to trochę jako manifest, że zło nie bierze się z niczego. I z taką myślą zostałam jeszcze długo po przeczytaniu, co dodatkowo potwierdza, iż warto przeczytać.
Kinga Żukowska
(kinga.zukowska@dlalejdis.pl)
Gregory Maguire, „Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu”, Zysk i S-ka, 2021.
Komentarze