W literaturze i filmie motyw wzajemnego oddziaływania na siebie pozornie zupełnie niezwiązanych zjawisk był wykorzystywany wielokrotnie. Najbardziej znanym przykładem produkcji odwołującej się do założeń teorii chaosu jest oczywiście „Efekt motyla”, oparty na słynnej anegdocie ułatwiającej zrozumienie chaosu deterministycznego, która głosi, że trzepot skrzydeł motyla, np. w Ohio, może po trzech dniach spowodować w Teksasie burzę piaskową. Z kolei znakomity film „Babel” ukazuje losy pewnego karabinu, który przechodząc z rąk do rąk, splata ze sobą losy jednostek rozrzuconych po całym świecie – od Japonii przez Maroko po Meksyk. Podobną zasadą konstrukcyjną posłużył się David Mitchell, tworząc swoją debiutancką powieść „Widmopis”.
Autor bardzo dobrego „Atlasu chmur”, brawurowo przeniesionego na srebrny ekran przez rodzeństwo Wachowskich (znanych z kultowego „Matriksa”), już w swojej pierwszej powieści zdecydował się na ryzykowny i wymagający dużej wprawy pisarskiej zabieg. Mitchell w „Widmopisie” serwuje czytelnikowi aż 9 opowiadań, połączonych ze sobą bardzo delikatną, czasem niemal niewidoczną nitką. Niekiedy aby odkryć powiązania między wydarzeniami rozgrywającymi się w Japonii, Mongolii, Rosji, Irlandii i Stanach Zjednoczonych trzeba uważnie czytać zdanie po zdaniu. Niekiedy pominięcie jednego słowa sprawia, że po skończeniu opowiadania nie widzi się jego związku z pozostałymi. Zabawa w odnajdywanie zależności w niektórych przypadkach jest łatwa i przyjemna, w innych wymaga ogromnego skupienia i uwagi, by nie przeoczyć kluczowej informacji. Zadanie wyszukiwania połączeń utrudnia fakt, że każda z opowieści jest inna, bohaterowie mówią innymi językami i obracają się w zupełnie różnych warunkach, a nagromadzenie faktów i szczegółów bywa wręcz przytłaczające. Mitchell, starając się w krótkiej formie „upchnąć” historie, które zasługują na osobne powieści, stworzył bardzo „gęstą” powieść, której esencja sączy się po kropli z każdego rozdziału.
W „Widmopisie” swoim własnym głosem mówią m.in. zamachowiec będący pod wpływem nauczania nieznanego guru, właścicielka herbaciarni przy drodze prowadzącej na szczyt Świętej Góry, sfrustrowany yuppie mieszkający w przeludnionym Tokio, genialna irlandzka naukowiec poszukiwana przez swojego dawnego pracodawcę, sponiewierany przez życie prezenter nocnej audycji radiowej czy transmigrująca dusza pragnąca poznać swoje pochodzenie. Niektóre z historii są ciekawsze, inne mniej, część to pasjonujące historie, a część to średnio udana próba opowiedzenia zawiłej historii w sposób zrozumiały dla odbiorcy. Jednocześnie trudno wyodrębnić to jedno opowiadanie, dzięki któremu nieprzekonany czytelnik mógłby utwierdzić się w przekonaniu, że warto sięgnąć po „Widmopis”.
Należy jednak zaznaczyć, że książka Mitchell, choć niezła, przeznaczona jest dla określonego czytelnika, który potrafi błyskawicznie wyczuć zmianę narracji i zrozumieć, że choć pojawiający się znikąd głos to kolejny bohater, wprowadzony do fabuły w sposób ostry i pozbawiony niekiedy kontekstu. Zabieg ten, często stosowany przez znakomitego Mario Vargasa Llosę, w Mitchella jest jeszcze nieco toporny i pozbawiony subtelności w przechodzeniu między scenami.
„Widmopis” to zdecydowanie udany debiut, a autorowi nie można odmówić talentu. Warto zauważyć, że jego twórczość to gotowy materiał na film - bardzo plastyczny, kolorowy krajobraz, wyraziste postaci i gra w odnajdywanie powiązań łączą się w całość, która może nie zawsze dobrze się czyta, ale na pewno dobrze by się oglądało. I nie boję się zaryzykować stwierdzenia, że być może w tym jednym z nielicznych przypadków film mógłby być przyjemniejszy w odbiorze niż książka.
PS. Prośba do wydawnictwa – proszę, zainwestujcie w korektę, bo liczba literówek w „Widmopisie” jest po prostu skandaliczna!
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
David Mitchell, „Widmopis”, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2014
Komentarze