Takie zadanie zostaje postawione przed Tobym Hennessym, dobiegającym trzydziestki czarującym specem od pijaru w galerii sztuki. Pod każdym względem jego życie wydaje się udane i poukładane według z góry obmyślonego planu. Mężczyzna ma na już oku kilka dobrze płatnych posad w dużych agencjach, po cichu zaczyna się zastanawiać nad oświadczynami i oczyma wyobraźni widzi się w roli właściciela pięknego białego domu. Bliscy nie bez cienia zazdrości uważają go za szczęściarza, któremu wszystko przychodzi bez trudu i który z każdej opresji zdoła wyjść bez szwanku. Tak też się dzieje. Aż pewnej nocy wraca z zakrapianego dużą ilością alkoholu wyjścia z kumplami i staje twarzą w twarz z parą bezlitosnych włamywaczy.
Dotkliwie pobity Toby musi nauczyć się wszystkiego na nowo, raz po raz walcząc z ograniczeniami fizycznymi i psychicznymi. Wydaje się, że wyjazd do rodzinnej posiadłości, z którą wiąże się wiele ciepłych wspomnień, może pomóc mu w dojściu do siebie. Nic bardziej mylnego. Gdy dorośli zastanawiają się nad kwestią spadku umierającego na raka wujka Hugo, dwójka niesfornych dzieci bawi się w ogródku w szukanie skarbów, lecz zamiast nich znajdują ukrytą w tytułowym „wiedźmim drzewie”, czyli po prostu wiązie, ludzką czaszkę.
Może nie było to tak traumatyczne, ale z pewnością męczące i frustrujące przeżycie, gdyż w moim przypadku książka Tany French również okazała się czymś zupełnie innym, niż się spodziewałam. Nie jest to rasowy kryminał, ani podnoszący ciśnienie thriller. Zwroty akcji są mało przekonujące, rozwikłanie zagadki przeciągane w nieskończoność tylko po to, aby ostatecznie podać nam wszystko na talerzu, a potem zdecydować się na „szokujący” twist na „do widzenia”. Na pierwszym planie nie znajdziemy składającego historię w całość detektywa, ponieważ rozwój śledztwa oglądamy z perspektywy głównego bohatera. Trudno nie zauważyć, że ktoś cierpiący na halucynacje, zaburzenia pamięci i syndrom stresu pourazowego wydaje się niezbyt dobrym kandydatem do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji. Brakuje też klimatu tajemnicy czy zacieśniającej się spirali rodzinnych sekretów. Prawdę mówiąc, w moim odczuciu, większość postaci robi za nic nieznaczące tło i równie dobrze mogłoby ich nie być. Wątek zawodowy wujka Hugo również nie zasługiwał na tak dużą ekspozycję.
Mimo wielu zaciemniających obraz elementów głównym tematem pozostaje od początku do końca psychologiczna przemiana Toby’ego oraz mozolne odkrywanie natury jego relacji z kuzynami. Droga do poznania prawdy jest jednak zbyt długa (637 stron!), zawiła i wyboista (ileż można znieść niedomówień w dialogach), abym mogła uznać „Wiedźmie drzewo” za lekturę godną polecenia. Szata graficzna okładki jest strzałem w dziesiątkę, ale wybory podjęte przez autorkę skutecznie pozbawiły mnie przyjemności z czytania.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Tana French, „Wiedźmie drzewo”, Warszawa, Wydawnictwo Albatros, 2019 r.
Komentarze