Dopiero przy okazji październikowej premiery „Wierności w Stereo” dowiedziałam się, że znakomity komediodramat z Johnem Cusackiem i Jackiem Blackiem został nakręcony na podstawie właśnie tej powieści. Jack Black jest jednym z moich ulubionych aktorów (i przy okazji genialnych muzyków), łatwo więc zgadniecie, że film mi się podobał. Teraz sięgnęłam po książkę.
Narratorem i zarazem głównym bohaterem jest Rob – facet po trzydziestce, typowy przeciętniak. Nie brzydki, nie przystojny, chodzący od lat w tej samej skórzanej kurtce, słuchający od lat tej samej muzyki, pracujący od lat w tym samym, podupadającym sklepie z płytami, i od lat rozpamiętujący historie miłosne, w których brał udział. Sięga pamięcią do czasów podstawówki, wspomina pierwsze pocałunki, pierwszy, drugi, trzeci związek… a w tym wszystkim wątkiem znaczącym jest znajomość z Laurą – jego byłą, obecną, przyszłą kobietą, czyli tą, o której zapomnieć się nie da, choćby bardzo się chciało.
Rob to facet, którego mottem życiowym na pewno nie byłyby słowa „ważne są tylko te dni, których nie znamy”. Roztrząsa przeszłość, zastanawia się „co by było, gdyby”. Jeśli myślicie, że tylko kobiety płaczą nocami w zawodzie miłosnym, sięgnijcie po tę książkę. Poznacie faceta, który jest sercowo tak zbolały, tak niepogodzony z życiem, że można mu tylko współczuć. Każdym swoim zachowaniem, słowem, wątpliwością, Rob zdaje się wołać, że bez pewności siebie zbyt wiele nie zdziałasz, choć ani razu dosłownie o tym nie powiedział. Jako czytelniczka właśnie taki wniosek wyniosłam z tej książki: najpierw pokochaj siebie, abyś mógł być kochany przez kogoś. Zaakceptuj swoje kompleksy, pogódź się, że jesteś taki, a nie inny, dopiero wtedy zrozumiesz, skąd się brały wszelkie niepowodzenia.
Mimo że mamy do czynienia z niemal werterowskimi cierpieniami, to jednak powieść nie przepełnia smutkiem i chęcią przyklaśnięcia, że wszystko jest bez sensu. Rob jako narrator jest zabawny, błyskotliwy, posiada niebywałą wiedzę muzyczną. „Wierność w stereo” to książka przepełniona muzyką Arethy Franklin, Salomona Burke’a, Neila Younga i wielu innych, co z jednej strony – treściowej - bardzo mi się podoba, a z drugiej – edytorskiej – irytuje, gdyż tytuły utworów zagranicznych artystów, często powszechnie znanych pod oryginalnym, angielskim tytułem, są tłumaczone na język polski. Po co? Nie wiem. Jednak ilość utworów, o których mowa w książce, jest na tyle wystarczająca, że można z nich stworzyć arcydobrą playlistę, nie tylko na długi jesienny wieczór.
Hanna Kwaśna
(hanna.kwasna@dlalejdis.pl)
Nick Hornby, „Wierność w stereo”, Zysk i S-ka, Poznań 2014
Komentarze