„Wieża” Daniel O’Malley - recenzja

Recenzja książki „Wieża”.
„Wieża” to klasyczny przykład tego jak ważną rolę w procesie wydawniczym odgrywa dobry redaktor.

Gdyby Daniel O’Malley takowego miał, jego debiut byłby czymś zdecydowanie lepszym niż średnio ciekawą fantastyką, miejscami silącą się na humor.

Fabuła nie powala oryginalnością, ale stanowi niezły pretekst do literackiej zabawy: główna bohaterka odzyskuje świadomość w parku i okazuje się, że pokryta jest krwią, dookoła niej leżą ciała, a jedyną wskazówką jest, znaleziony w kieszeni, list od niej samej…

Szybko okazuje się, że nasza nieszczęśniczka z amnezją jest ważną figurą w arcytajemniczej organizacji Checqy walczącej z nadnaturalnymi zjawiskami, a za utratę pamięci najprawdopodobniej odpowiada ktoś z samej góry tej morderczej „firmy”.

Myfanwy Thomas, gdyż tak nazywa się nasza protagonistka, zmuszona jest nie tylko do udawania, że nic się z nią nie stało, ale także do przeprowadzenia własnego śledztwa wewnątrz organizacji: osoba odpowiedzialna za wykasowanie jej pamięci, stanowi śmiertelne zagrożenie nie tylko dla Thomas, ale także dla Checqy, czy też dla reszty świata, nieświadomej istnienia potworów, ludzi władających tajemniczymi mocami, czy też nadnaturalnych zjawisk..

Uniwersum wykreowane przez autora nie jest oryginalne. Stanowi przedziwną mieszankę „Facetów w czerni”, „Hellboya” i powieści Aaronovicha, co samo w sobie nie musi być koniecznie wadą, ale samo wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Zabrakło redakcji, która bezlitośnie wycięłaby wszystkie mało śmieszne żarty, zbytnie nagromadzenie wątków czy też nielogiczne postępowania bohaterów.

„Wieża” zamiast wciągać, przeważnie irytuje: pomysł, by główna bohaterka wyjaśniała samej sobie zasady panujące w organizacji i poza nią jest całkiem fajny, ale  O’Malley zepsuł całość poprzez nadmierną szczegółowość, wsadzanie dialogów i rozbudowanie narracji w coś, co miało być pospiesznie nakreślonymi listami. Po jakimś czasie czytelnik ma też dosyć fabuły polegającej na tym, że pojawia się jakaś postać czy też wydarzenie, a autor przeskakuje do listy lub odpowiedniej notatki na ten temat, streszczając nam wszystko dosyć łopatologicznie.

Polskie wydanie także nie przysłużyło się powieści: masa literówek, kulawe tłumaczenie i gramatyczne zawirowania w obrębie akapitów nie pozwalają się cieszyć nawet tymi fragmentami, które się pisarzowi udały.

„Wieża” jest klasycznym przykładem niedopracowanej powieści, zbyt pośpiesznie wydanej. Przy odrobinie wysiłku włożonego w redakcję, korektę i po wprowadzeniu paru poprawek, całość byłaby miłą rozrywką na kilka wieczorów miast stanowić przedmiot irytacji czytelnika, tak wyraźnie  lekceważonego.

Małgorzata Tomaszek
(malgrozata.tomaszek@dlalejdis.pl)

Daniel O’Malley, „Wieża”, Papierowy Księżyc, Warszawa 2017



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat