W mieście pogrążonym w wojnie po same dachówki okolicznych domostw nie ma miejsca na kompromisy – przeżyją tylko ci, w których chaos nie zdławiła poczucia człowieczeństwa i wiary w lepsze jutro.
„Wiolonczelista z Sarajewa” zabiera nas do oblężonego miasta, gdzie pośród przeoranych przez moździerze krajobrazów toczy się codzienna walka o przetrwanie. Ktoś biegnie wzdłuż ulicy z bochenkiem chleba przyciśniętym do piersi, jakiś straszy pan poluje na gołębie dla swojej rodziny. Każdy nowy dzień w Sarajewie to kolejny mały triumf jego mieszkańców. Tym razem jednak zwycięstwo ma wyjątkowo gorzki smak. Przekonują się o tym Kenan, który raz w tygodniu ryzykuje życie, aby zdobyć wodę dla swoich bliskich, tęskniący za rodziną Dragan, przemykający po obserwowanych przez strzelców ulicach zawsze ze spuszczoną głową i Strzała, legendarna snajperka z miejskich opowieści. Dla każdego z nich przeprawa przez miasto to osobisty rozrachunek z wrogiem i to nie tylko tym ukrytym na wzgórzach, w każdej chwili gotowym do oddania strzału. Gdzieś pomiędzy gruzami dawnego Sarajewa rozbrzmiewa delikatna muzyka – to wiolonczelista w znoszonym smokingu gra Adagio, na cześć dwudziestu dwóch osób zabitych w kolejce po chleb. Ta muzyka zmieni nie tylko życie trójki bohaterów – oniryczne dźwięki Adagio wpłynął na całe Sarajewo.
Steven Galloway odkrywa przed nami szczególny moment w historii. Oto dzieje konfliktu, który z premedytacją schowaliśmy głęboko na dno szafy. A przecież oblężenie Sarajewa, najdłuższe i najbardziej krwawe w historii Europy po II wojnie światowej, to blizna stosunkowo świeża – ostatnich rannych opatrywano tam zaledwie dziewiętnaście lat temu. W tej kwestii książka Gallowaya trafia w najbardziej czułe tony - świat w „Wiolonczeliście z Sarajewa” to świat, który przecież doskonale wszyscy znamy. Mieszkańcy miasta jeszcze przed chwilą wiedli spokojne, czasem monotonne, czasem irytujące, a czasem nieszczęśliwe życie. No właśnie- życie. To co w tej książce uderza najbardziej, to niemal namacalne pragnienie powrotu do jakże znanej monotonii zwykłych, szarych dni. Bohaterowie Gallowaya wśród ruin swojego miasta tęsknią za wyjściem na lody, niewinną sprzeczką z dziećmi czy zostaniem po godzinach w pracy. Szybko okazuje się, że to właśnie tęsknota za zwykłym życiem karmi nadzieję – to ona nie pozwala Kenanowi porzucić baniaków z wodą, to ona odpowiedzialna jest za spowolnienie tempa Dragana, który do tej pory każdy dystans w mieście pokonywał truchtem. I w końcu to ta tęsknota sprawia, że snajperka Strzała zaczyna podważać sens swoich działań.
To, co w książce Gallowaya faktycznie może razić, to nierówne tempo. Są w „Wiolonczeliście z Sarajewa” takie fragmenty, które z miejsca chwytają za serce i nie pozwalają o sobie zapomnieć. To one nadają ton całej powieści i sprawiają, że „Wiolonczelista…” przestaje być jedynie kolejną lekturą z przebłyskami wojny w tle. Momentami jednak wrażenie, że Galloway w swojej powieści sam się niezgrabnie zaplątał przeważa i wtedy otrzymujemy powieść co prawda wzruszającą, ale przy zaledwie dobrą. Ten z zamierzenia kameralny, wręcz osobisty świat bohaterów aż prosi się o więcej uwagi – w innym przypadku pozostaje dziwne wrażenie pustki i niewykorzystanego potencjału. A to poważne oskarżenie, szczególnie, gdy zabiera się za taki delikatny i ciągle jeszcze żywy w pamięci temat.
Pomimo drobnych rys na powierzchni „Wiolonczelisty…”, powieść Gallowaya to pozycja warta uwagi i czasu czytelnika. Nie ma spektakularnego zwycięstwa czy nagłego wyzwolenia – zamiast tego mamy codzienną walkę o przetrwanie, wiolonczelistę w znoszonym fraku i zniszczone miasto. Jednak pomiędzy jednym a drugim wybuchem granatu słychać muzykę, która w jakiś uparty sposób przypomina, że - czy tego chcemy czy nie - nadal jesteśmy ludźmi. „Wiolonczelista z Sarajewa” to nie książka ilustrująca, jak kurczowo trzymamy się życia– to opowieść o tym, jak silnie ono trzyma się nas.
Katarzyna Rupala
(katarzyna.rupala@dlalejdis.pl)
Steven Galloway, "Wiolonczelista z Sarajewa", Marginesy 2015
Komentarze