Świat Karin Slaughter od lat jest miejscem, do którego czytelnik wchodzi z mieszaniną ekscytacji i lęku. Z jednej strony wiemy, że czeka nas dopracowana, inteligentna intryga, z drugiej – że autorka nie oszczędzi nam emocji, brutalnych prawd i moralnych niepokojów. „Wszyscy jesteśmy winni” to powieść, która otwiera nowy cykl autorki o Emily Clifton – zastępczyni szeryfa w małym miasteczku North Falls.
W powieści możemy śledzić akcję rozgrywającą się w dwóch osiach czasu, które przeplatają się ze sobą. Pierwsza sięga dwanaście lat wstecz, kiedy małą miejscowością wstrząsa zaginięcie dwóch nastolatek. Druga zaś to teraźniejszość, w której nierozwiązana sprawa wciąż rezonuje, a wszystko potęguje zniknięcie kolejnej dziewczynki. Czy to powrót uśpionego psychopaty? Wszystko na to wskazuje. Emocje w małej społeczności kipią jak w garnku; ludzie zaczynają się bać, a w niektórych budzi się żądza zemsty i wymierzenia sprawiedliwości po swojemu. Czy to może skończyć się dobrze?
Jednym z największych atutów powieści jest konstrukcja psychologiczna postaci. Slaughter od dawna słynie z tego, że jej bohaterowie nie są papierowi – mają swoje rany, lęki, sprzeczności. We „Wszyscy jesteśmy winni” widać to szczególnie mocno. Emily to nie jest klasyczna, heroiczna policjantka z serialów i filmów, ale kobieta zbudowana z napięć, balansująca między delikatnością a surową determinacją.
Rozwijanie fabuły w dwóch planach czasowych pozwala stopniowo odsłaniać tajemnice z przeszłości. Autorka świetnie operuje napięciem: nie rzuca wszystkiego na stół od razu, raczej podsuwa czytelnikowi kolejne fragmenty układanki, które z czasem zaczynają tworzyć coraz bardziej niepokojący obraz. To konstrukcja wymagająca, ale bardzo satysfakcjonująca. Każde nowe odkrycie zmienia perspektywę, zmusza do rewizji wcześniejszych sądów o bohaterach i ich motywacjach. Z drugiej jednak strony Slaughter nie uniknęła wielu pułapek – w powieści mnóstwo jest niepotrzebnych dłużyzn, powtórzeń tych samych wniosków. Wiele tu niewykorzystanych wątków oraz relacji międzyludzkich pozostawiających poczucie niedosytu, jednak jestem w stanie zrozumieć autorkę, która zapewne buduje w tej powieści grunt pod kolejne części, które, mam nadzieję, ukażą się niebawem.
Styl autorki jest dość oszczędny, konkretny, ale jednocześnie pełen emocjonalnej intensywności. Autorka nie epatuje opisami dla samego efektu. Jeśli scena jest brutalna, to dlatego, że musi taka być. Jednocześnie potrafi pisać bardzo subtelnie o relacjach, o drobnych gestach, spojrzeniach, niedopowiedzeniach. Dzięki temu „Wszyscy jesteśmy winni” ma świetnie wyważony rytm: są momenty, kiedy czyta się jednym tchem, i takie, które zmuszają do zatrzymania się.
Finał powieści jest naprawdę zaskakujący. Zagadka zawarta w powieści jest przemyślana i odpowiednio dozowana czytelnikowi w sposób, który miejscami może go mocno zdezorientować. Ale czy nie o to chodzi w tego typu książkach?
Powieść z powodzeniem mogę uznać za naprawdę udaną. Przeczytałam ją bardzo szybko, widać, że autorka doskonale umie wciągnąć czytelnika w świat mroku, zbudować napięcie. Widać tu autorkę, która doskonale panuje nad formą thrillera, ale coraz śmielej wykorzystuje ją do opowiadania historii o głębszym, bardziej uniwersalnym wymiarze. To nie jest już tylko „kryminał do czytania w pociągu” – choć oczywiście sprawdzi się i w tej roli – ale powieść, która zostaje w głowie na długo po przeczytaniu ostatniej strony.
Anna Stasiuk
Karin Slaughter, „Wszyscy jesteśmy winni”, HarperCollins, 2025.