Niedawno na rynku wydawniczym ukazała się gruba książka w białej okładce, na której widnieje czarny kłębek, chmura lub po prostu bazgroły stworzone za pomocą czarnego długopisu. Na ich tle widoczne są trzy słowa, każde pomalowane innym kolorem. Wszystkie. Jasne. Miejsca. W dole, trzymając się za ręce i patrząc na nie, stoi dwójka ludzi: ona i on. Rzucają na ziemię długie cienie, które przykuwają ich podłoża, dają świadectwo, że wciąż jeszcze istnieją. Pytanie tylko, jak długo?
Ona to Violet Markey, młoda dziewczyna, uczennica szkoły średniej, której niespełna rok wcześniej zginęła starsza siostra. Mało tego, zginęła na jej oczach, jadąc tym samym samochodem. I gdyby tylko tamtego dnia nie poszły na imprezę, gdyby tylko Violet nie poprosiła jej, by skróciła drogę przez most... Nastolatka nie potrafi sobie wybaczyć. Z dnia na dzień pogrąża się w żałobie i cierpieniu coraz bardziej, nie widząc już żadnych jasnych stron życia. Ciemność pcha ją na szkolną dzwonnicę.
On to Finch. Dziwak Finch. Całe jego życie jest ciemnością, której jedynymi przebłyskami są myśli o śmierci. Im bliżej się jej znajduje, tym mocniej czuje, jak krew płynie w jego żyłach. Kocha adrenalinę i ryzyko, wstrzymywanie powietrza pod wodą, rozpędzanie się samochodem na pustej drodze. Dzwonnica nie jest dla niego miejscem nieznanym i wybranym przypadkowo, ale stałym punktem wędrówek. A jednak, ten jeden raz coś się zmienia. Światło bije nie od kolejnej myśli o skoku, ale od myśli o uratowaniu życia. Życia dziewczyny, która stoi po drugiej stronie gzymsu.
„Wszystkie jasne miejsca” nie są pierwszą powieścią Jennifer Niven, są jednak jej debiutem na rynku młodzieżowym. Na prawie czterystu pięćdziesięciu stronach autorka zawarła historię łączącą dramat, obyczaj i romans. Co więcej, oparła ją o własne doświadczenie życia z człowiekiem, który nagle postanowił odebrać sobie życie. W książce umiejętnie połączyła to z dwubiegunową chorobą psychiczną, która już na wstępie oddala ewentualne zarzuty dotyczące „burzy hormonów”, „głupiego, nastoletniego wieku” czy „humorów”. We „Wszystkich jasnych miejscach” zdecydowanie nic nie jest głupie i nic nie „przejdzie samo”. Nawet jeśli część bohaterów tak sądzi i robi wszystko, by nie zauważyć choroby trawiącej młodego chłopaka, czytelnik wie, że sprawa jest poważna, a dzięki temu utożsamia się zarówno z Violet, jak i Finchem. Przez moment rodzi się nadzieja, że będzie dobrze – w końcu to romans dla młodzieży, ale parę rozdziałów później już nic nie jest pewne. Czy bohaterowie odzyskają własne życie? Czy Violet przerobi traumę, a Finch nie zapadnie w kolejny „sen”?
To, że powieść ukazała się na rynku właśnie teraz, na jesień, jest decyzją zasługującą na szóstkę z plusem. Okładka – minimalistyczna i atrakcyjna estetycznie – nawiązuje do klimatu historii, która jest jedną wielką gmatwaniną czarnych kresek, z których z kolei przebłyskują jasne słowa. Podczas czytania robi się depresyjnie, smutno i ciężko na sercu, a w oku niejednokrotnie kręci się łza. Ponadto „Wszystkie jasne miejsca” jest bardzo podobna do „Baśniarza” – zarówno w klimacie, jak i treści. Męski bohater, skomplikowany życiorys, trudna historia. Całość została napisana umiejętnie i plastycznie, chłonie się ją tak, jakby patrzyło się na film. Być może to najsmutniejsza książka, jaką przeczytałam w tym roku, ale jednocześnie jedna z piękniejszych. Polecam ją absolutnie każdemu, bez względu na wiek.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Jennifer Niven, Wszystkie jasne miejsca, Wrocław, Bukowy Las, 2015
Komentarze