Jestem z tych, którzy naiwnie uwierzyli, że nagrodzona autorka na pewno wciąż trzyma poziom, a może nawet sama sobie podniosła poprzeczkę. Słowem – „Wyspa Łza” w moim mniemaniu miała być jedną z lepszych propozycji wydawniczych 2015 roku (choć mamy dopiero luty) i tą, którą będę z entuzjazmem polecać każdemu.
Teraz mam kłopot, bo nie dość, że niezbyt mam ochotę zapoznawać się z nagrodzoną dwa lata temu „Ciemno, prawie noc”, to nawet nie wiem, komu mogłabym polecić „Wyspę Łzę”.
Czy polecę ją miłośnikowi kryminałów i rozwiązywania zagadek tajemniczych zniknięć? Wszak powracającym wątkiem, który początkowo wydawał się być głównym problemem, jest zaginięcie Sandry Valentine na jednej z tropikalnych wysp. Sprawa zaginięcia Sandry Valentine miała być inspiracją autorki do napisania tej książki, i inspiracją pozostała. Choć nazwisko zaginionej dość często pojawia się w tekście, to jednak za każdym razem odnosiłam wrażenie, że pisarka znów przypomniała sobie, że przecież miało być o Sandrze i jej poszukiwaniu, więc wypadałoby kilka słów. A tak naprawdę, ciągle jest o Joannie Bator, a nie o Sandrze Valentine. Zatem, jeśli jest ktoś, kto po tej książce oczekuje historii odkrywania tropu zaginionej kobiety, to może się rozczarować.
Czy polecę „Wyspę Łzę” miłośnikowi dalekich podróży i wakacji all inclusive w najbardziej egzotycznych miejscach na świecie? Czy może tym, którzy planują podróż na Sri Lankę i chcą się dowiedzieć czegoś więcej o wyspie? Raczej nie, ponieważ all inclusive w tej książce mogę nazwać jedynie piękną polszczyznę, jaką posługuje się Joanna Bator. Czytelnik może się najeść do syta i degustować słowa niczym najlepsze potrawy i alkohole świata, bo polszczyzna w wykonaniu Bator jest smakowita, ale i wymagająca skupienia. O Sri Lance natomiast nie dowiadujemy się zbyt wiele oprócz tego, że całą wyspę można zwiedzić pojazdem zwanym tuk-tuk, i tego, że do insektów o wielkich gabarytach i wielkich oczach można się przyzwyczaić. Nie jest to typowa relacja z podróży.
O czym jest zatem „Wyspa Łza”? Wydaje mi się, że ilu czytelników, tyle może być interpretacji. Według mnie, więcej jest tu z dziennika pisanego dla siebie, niż z reportażu, który ma przeczytać jak najwięcej osób. Autorka pisze o tym, co spotyka ją na Sri Lance, ale nie są to oszałamiające przygody w tropikach, chyba że za oszałamiające można uznać zatrucie pokarmowe i bycie obserwowaną przez żabę. Niby opowiada również o sprawach, które dotyczą każdego z nas – dawnych miłościach, szukaniu własnego miejsca na świecie itd., ale często miałam wrażenie, że autorka pisze o czymś, aby porozmawiać sama ze sobą. Brakowało mi kontaktu z czytelnikiem, jakiegoś elementu, który obudziłby w mojej głowie chęć czytania, myśl „nie byłam i nie będę na Sri Lance, nie znam osobiście Joanny Bator, ale jestem bardzo ciekawa, co ma do powiedzenia zarówno o wyspie, jak i o życiu”.
Osobiście traktuję „Wyspę Łzę” jako książkę o ciągłym byciu w drodze, tym metaforycznym. O nieprzywiązywaniu się do rzeczy, miejsc i osób. Ale to tylko bardzo ogólna myśl, która przyszła mi do głowy, bo że każdy ma swoją drogę i nie każdy lubi zapuszczać korzenie, wiadomo nie od dziś. Głębszego przesłania „Wyspy Łzy” nie odkryłam, co jednak nie oznacza, że Sri Lanka to wyspa zła, albo „Wyspa Łza” to książka zła. Po prostu specyficzna. Ze specyficznymi zdjęciami, których autorem jest Adam Golec.
Hanna Kwaśna
(hanna.kwasna@dlalejdis.pl)
Joanna Bator „Wyspa Łza”, Znak, 2015 (fotografie: Adam Golec)
Komentarze