Ami mieszka razem z mamą na wyspie Culion na Filipinach. Jest raczej wycofaną dziewczynką, nie ma przyjaciół w szkole, czas wolny spędza sama lub z mamą. Dzieci niechętnie się z nią bawią, bo mama dziewczynki jest trędowata. Na wyspie Culion nie jest to odosobniony przypadek choroby. Rząd zaplanował stworzyć na wyspie kolonię, sprowadzając tam osoby dotknięte chorobą z innych wysp.
Ami nie zdaje sobie jeszcze sprawy, co to dla niej oznacza, jednak już niedługo nie będzie mogła beztrosko wypatrywać motyli czy spadających gwiazd. Urzędnicy zadecydowali za nią i jej mamę – zdrowe dzieci powinny zostać odseparowane od chorych rodziców. I tak, Ami razem z innymi dziećmi z Culion, trafia do sierocińca na sąsiedniej wyspie. Ami trudno jest się odnaleźć w nowym otoczeniu, tym bardziej, że jeden z przedstawicieli rządu, odpowiedzialny za ten „projekt”, wyjątkowo utrudnia jej życie.
Długo zastanawiałam się, co mogę powiedzieć o „Wyspie na końcu świata”. Na pewno zachwyca mnie jej wydanie. Przepiękna okładka, motyle towarzyszące nam podczas lektury, staranna korekta, cudowna, dołączona zawieszka. Na początku, kartkując książkę, dziwiłam się, że nie ma żadnych większych ilustracji. Jak to? – dziwiłam się – W końcu to miała być książka dla dzieci…
Jednak w miarę zagłębiania się w lekturze zrozumiałam, że ilustracje mogłyby zaszkodzić tej historii. To nie jest bowiem bajka (a z pewnością nie taka, jakiej większość zapewne się spodziewa). Opowieść o losach Ami i bliskich jej osób pełna jest dramatycznych i smutnych wydarzeń. Trochę tak, jakby autorka za wszelką cenę postanowiła nie oszczędzać czytelnika, pokazując mu, jak brutalny potrafi być świat. Miałam mieszane uczucia podążając za tą narracją. Końcówka książki na szczęście ma mocne akcenty i pozwala szerzej spojrzeć na opowieść Kiran Millwood Hargrave.
Bardzo spodobało mi się przesłanie, jakie płynie z „Wyspy na końcu świata”. Po pierwsze książka pokazuje osoby dotknięte chorobą jako ludzi, którzy często nie mają wpływu na to, co im się przydarzyło. Każe zastanowić się nam, czy nie odtrącamy innych i nie obwiniamy za coś, co tak naprawdę nie jest ich winą. Po drugie – autorka tak wykreowała bohaterów, że pozwala nam spojrzeć na nich i zrozumieć, że nie ma ludzi tylko dobrych ani tylko złych. Jak przyznaje, na końcu książki sama Kiran Millwood Hargrave: „(…) świat nigdy nie jest czarno-biały: źli ludzie mogą tworzyć piękne rzeczy, a dobrzy ludzie popełniać poważne błędy.”
Pomimo całej mądrości płynącej z tej książki, wiem, że nie była to lektura dla mnie. I nie chodzi jedynie o grupę wiekową. Styl autorki, jej sposób kreślenia przed czytelnikiem obrazów, nie porwał mnie aż tak, jak na to liczyłam i jak sugerować mogłaby sama historia. Niemniej nie żałuję chwil spędzonych z Ami i jej towarzyszami. Mam nadzieję, że ta książka na długo zagości w sercach wielu (nie tylko) młodszych czytelników.
AP
(biuro@dlalejdis.pl)
Kiran Millwood Hargrave „Wyspa na końcu świata”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020
Komentarze