„Wyspy szczęśliwe” - recenzja

Recenzja książki „Wyspy szczęśliwe”.
Bycie szczęśliwym to marzenie wielu ludzi. Szukają go w przedmiotach, osobach, czy wielkim dobrobycie. A czym tak naprawdę jest szczęście? Czy definicja dla każdego jest taka sama?

Fabuła
Joanna to kobieta, która ma wszystko czego pragnęła. Kochającego męża, przepiękną córkę, życie na dość wysokim poziomie i dom, którego wielu jej zazdrości. Po skończonych studiach zajęła się rodziną oraz wychowywaniem córki. Praca nigdy nie była dla niej priorytetem. Mąż Tomasz prowadzi firmę oraz zajmuje się utrzymaniem. Trochę naiwna, bardzo łatwowierna i całkowicie oddana kobieta musi sobie poradzić ze zdradą oraz tragedią życiową. Nagle jej Świat się wali, a ona nie wie gdzie znajdzie z córką nowe szczęście. Czy w pogoni za wolnością zatraci siebie? Czy są jeszcze bezinteresowni ludzie?

Moim zdaniem
Książka, która wywołuje masę emocji. Złość jest na czele tej grupy. Najbardziej w powieście denerwuje główna bohaterka, a raczej jej naiwność. Wraca z zagranicznych wakacji, a w domu zastaje naklejki komornika. Okazuje się, że cały majątek przepadł, a mąż zniknął. Kobieta nic o tym nie wie. Na początku zachowuje się jak dziecko we mgle licząc, że to jakaś pomyłka. Nie dopuszcza do siebie myślenia - najbliższa jej osoba jest kanalią. Jak można żyć z kimś, kto okazuje się takim osobnikiem? Windykatorzy pukają do drzwi, komornik zastrasza, a główna bohaterka zostaje eksmitowana z małą córeczką. Życie na salonach zamienia się w bytowanie na zasiłku i korzystanie z szarej strefy - płacenia pod ladą.

Tak jest przez dużą część książki. Rozważania Joanny ciągle krążą wokół jej nowego losu. Kobieta po cichu liczy, że maż wróci, a życie się naprawi. Kiedy bolesna prawda ją dopada, następuje przełom. Zaczyna walczyć o swoje nowe szczęście. Zaczyna wierzyć, że jeszcze nie wszystko stracone i zawsze można znaleźć nową drogę w życiu. Jej postać jest bardzo kontrowersyjna. Na początku doprowadzała mnie do szału. Chyba bardziej naiwnej kobiety nigdy nie poznałam. Nie wiedziała nic o utrzymaniu, firmie z której żyła, mężu... Jak dziecko we mgle, które woli zostawić odpowiedzialność innym ludziom. Kiedy musi zadbać o siebie, nie ma nic. Bez stażu pracy, mieszkania, perspektyw. Powoli zaczyna ciężką walkę, którą musi wygrać nie tylko dla siebie.

Świeżym i ciekawym powiewem są momenty, kiedy fabuła skupia się na Marcie i jej wesołej menażerii. Jest to kobieta, która przeszła w życiu dużo. W książce wspomina czasy wojenne oraz jakie piętno na niej odcisnęły. Bez ubarwiania, sama prawda. Choć wątek historyczny jest tylko tłem, to pokazuje jak silny charakter potrafi wpłynąć na przyszłość. Mimo ciężkiego losu, Marta nie jest zgorzkniała. Wręcz przeciwnie, pomaga komu tylko może. Złe wspomnienia jej nie zmieniły, a zahartowały charakter. Jest to najjaśniejsza postać w całej książce. Aż ciepło robi się na sercu, kiedy o niej czytałam.

Autorka stworzyła bardzo dobrą powieść obyczajową z elementami psychologicznymi. Pokazała jak ciężkie przeżycia kształtują charakter. Wiele zależy od szczęścia - na kogo w swoim życiu trafimy. Marta i Joanna przeszły długą drogę do momentu, w którym są na ostatnich stronach książki. Ta druga, zmienia się na oczach czytelnika. Bardzo spodobał mi się taki zabieg, bo widać jak zmobilizowała się do działania i że wyszło jej to na dobre. Wioletta Sawicka idealnie pokazała zmianę jej charakteru. Wnikliwie i szczegółowo. Choć czasem opisy są zbyt długie, to na końcu powieści już się o nich tak nie myśli. Książka nie zapowiadała się tak dobrze. Będę wspominać ją z dużym sentymentem.

Minusem, który rzuca się w oczy, jest nierównomierne rozłożenie akcji. Bomba spada na samym początku, potem jest lekkie przyczajenie, aby od połowy książki fabuła znowu ruszyła z kopyta. Taki zabieg nie wpływa zbyt dobrze na zatrzymanie przy książce czytelnika. Jeśli ktoś nie jest zdeterminowany i bardzo ciekawy dalszych losów Joanny, może porzucić książkę już po ok. 100 stronach.

Powieść jest emocjonująca i do bólu prawdziwa. Oszukana kobieta, która musi ponieść konsekwencje za wiarę we własnego męża. Zgrabnie napisana powieść obyczajowa, która na pewno spodoba się fanom gatunku. Wiktor to postać, która zdecydowanie przyciągnie żeńską część czytelników. Mroczny, tajemniczy, z sekretami. Taki skryty drań o złotym sercu. „Wyspy szczęśliwe” nie są może książką najwyższych lotów, ale miło można przy niej spędzić jeden lub dwa wieczory.

Katarzyna Gnacikowska
(katarzyna.gnacikowska@dlalejdis.pl)

Wioletta Sawicka, „Wysypy szczęśliwe”, Warszawa, Prószyński Media Sp. z o.o., 2017



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat