Cal Hooper zakończywszy swoją karierę detektywa oraz wieloletnie małżeństwo postanawia przenieść się z Chicago do irlandzkiej wsi na odludziu. Zmęczony swoim starym środowiskiem, liczy, że odnajdzie tam spokój. Nie jest mu jednak dane poświęcić swój wolny czas na kontemplowanie sprzyrody i remont domu, ponieważ były policjant zostaje poproszony o prywatne śledztwo w sprawie zaginięcia miejscowego chłopaka. Nie jest to łatwe, ponieważ Hooper nie zna jeszcze mieszkańców, a oni jego. Outsider zaczyna mieszać się w nie swoje sprawy — z tego nigdy nie wynika nic dobrego.
Czytając książkę Tany French miałam wrażenie, że czytam historię dziejącą się w czasie rzeczywistym, minuta po minucie. Każda scena została opisana niezwykle dokładnie, a przebieg każdej z rozmów starannie zanotowany. Jest to zabieg stylistyczny w dużej mierze wartościowy; przez narrację autorki czułam się trochę tak, jakbym faktycznie brała udział w przedstawionych w powieści wydarzeniach. Chodziłam między mieszkańcami wioski i snułam się po malowniczej, irlandzkiej wsi. Na początku zdecydowanie sprawiało mi to przyjemność, zwłaszcza że sam styl pisania French jest naprawdę nieskazitelny. Pod względem stylistycznym „Z dala od świateł” naprawdę robi wrażenie, technicznie powieść ta jest napisana naprawdę fantastycznie. Niestety, chyba jestem zbyt mało cierpliwą osobą, aby w pełni docenić to, w jaki sposób pisze pierwsza dama irlandzkiego kryminału.
Kiedy rozpoczęłam lekturę tego opasłego tomiszcza, bo „Z daleka od świateł” to niemal 500 stron drobnym drukiem, bardzo podobało mi się, jaki klimat tworzy autorka swoją niezwykle leniwą, powolną narracją. Bardzo łatwo było mi wczuć się w historię, zrozumieć, z jakim rodzajem miejsca mamy do czynienia i wszystko to, niezwykle działało na wyobraźnię, jednak po kilkudziesięciu stronach, zaczęło mnie to nieco nużyć. W końcu ile razy można czytać opis scen czy dialogi niemalże nieodróżniające się od siebie. Rozmowy Hoppera z jego sąsiadem Martem, opisy szlifowania drewna przez Trey, czy wspomnienia rozmów z żoną i córką byłego detektywa, wszystko to wydawało się powtarzać nieustannie. Powieść ta jest rozcieńczona do granic możliwości i niestety dla mnie to ogromny minus, zwłaszcza w przypadku kryminału.
Nie chodzi o to, że w dobrym kryminale koniecznie musi gęsto lecieć trup, a akcja winna przypominać filmy sensacyjne, jednak zbudowanie odpowiedniego klimatu to nie wszystko. Należy jeszcze czytelników utrzymać w napięciu, zadbać o to, aby gęsta mgła tajemnicy nie pozwalała im oderwać się od lektury. Tutaj niestety tego zabrakło i dość szybko zaczęłam się po prostu nudzić. Wraz z kolejną stroną liczyłam na jakieś przyspieszenie akcji, na śledztwo, zagęszczenie tempa, ale nic takiego nie nastąpiło i to praktycznie do samego końca.
Pierwszy raz od dawna jest mi tak ciężko ocenić książkę, bo choć jest ona tak dobrze napisana, to przebrnięcie przez nią bez pomijania kolejnych akapitów, okazało się dla mnie totalnie niemożliwe. Do około setnej strony byłam jeszcze zainteresowana, do dwusetnej ciągle liczyłam, że akcja zaraz nabierze tempa, od połowy książki porzuciłam już nadzieję. Nie mogę powiedzieć, że jest to zła książka, wręcz przeciwnie, jednak po prostu nie trafiła w moje czytelnicze gusta.
Joanna Adamski
(joanna.adamski@dlalejdis.pl)
Tana French, „Z dala od świateł”, Wydawnictwo Albatros, Poznań, 2021
Komentarze