Z genami się nie dyskutuje

Recenzja książki „Dziedzictwo Adama”.
Dawno już nie trafiłam na książkę, która byłaby jednocześnie wciągająca, przyjemna w odbiorze i traktowała o czymś.

Generalnie książki można podzielić na trzy grupy: te, które są lekkie i przyjemne, ale nie pozostaną zbyt długo w naszej pamięci (i tych, co niekoniecznie jest zarzutem, jest najwięcej). Te, które są ciężkie, smutne, ale wywołują refleksję (do tych wraca się myślami często). I te, które łączą w sobie dwa poprzednie typy, a więc czyta się je szybko, ale przy tym pochyla się nad losem bohatera i pogrąża się we własnych myślach (i to są najczęściej te książki, które po trzech miesiącach od przeczytania, wyrwani w środku nocy ze snu, jesteśmy w stanie polecić jako warte przeczytania). Do tej ostatniej kategorii zaliczam „Dziedzictwo Adama” Astrid Rosenfeld.

Historię Adama poznajemy dzięki Edwardowi, wnukowi brata tytułowego bohatera. Życia Edwarda z pewnością nie można nazwać schematycznym i nudnym, choć można dostrzec w nim pewną powierzchowność, blichtr, ułudę. Na Edwardzie swoje piętno odcisnęło permanentne wypominanie mu fizycznego podobieństwa do czarnej owcy rodziny, Adama. Tajemniczy Adam, o którym rodzina z premedytacją nie chce rozmawiać, jest wiernym towarzyszem – cieniem Edwarda. I zapewne jego historia nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie pewne znalezisko na zakurzonym strychu rodzinnego domu, które pozwala na przyjrzenie się kwestii dziedzictwa i podobieństwa z zupełnie innej strony.

„Dziedzictwo Adama” to opowieść, w której porusza się kilka naprawdę istotnych tematów, przedstawionych w niebanalny sposób i potraktowanych z należytą uwagą (a więc mimo zaledwie nieco ponad 300 stron, Astrid Rosenfeld żadnego z opisanych zagadnień nie traktuje po macoszemu). Pewnie, jak zdradzę, że jednym z tych wielkich tematów jest miłość, niektórzy przewrócą oczami  - chyba sama uczyniłabym podobnie – ale z pewnością nie powinni się zrażać. „Dziedzictwo Adama” nie ma w sobie nic z ckliwego romansu, historii burzliwej namiętności, toksycznej miłości. Ba, nawet ciężko jest jednoznacznie stwierdzić czy książka zakończona jest happy endem.

W opowieści Astrid Rosenfeld moją uwagę zwróciła narracja. Z jednej strony specyficzna, naszpikowana niuansami, niedopowiedzeniami, powtórzeniami, a z drugiej strony prosta, przejrzysta i nie męcząca. Język powieści sprawia, że momentami czytelnik czuje się tak, jakby oglądał film – taki prawdziwy, bez nadmiernego wysilania wyobraźni.

„Dziedzictwo Adama” Astrid Rosenfeld naprawdę warto przeczytać, aby przekonać się w jakim stopniu nasi krewni mają wpływ na to, jacy my jesteśmy i po to, aby poznać historię pewnego dorastającego chłopca, jedynego króla słoni, kobiety o granatowoczarnych włosach i Adama, który pozostawił po sobie większą spuściznę, niż zapewne sam mógł przypuszczać…

Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)

Astrid Rosenfeld ,„Dziedzictwo Adama”,  MUZA SA, Warszawa 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat