Dużo było historii o tym, jak biedna mieszkanka wschodnich krajów jest dla dzieci niczym matka. Za dużo. I książka „Niania w Paryżu” Polki mieszkającej we Francji nie przynosi nic nowego, nic ciekawego i nic odkrywczego. Ba! Jestem w stanie nawet stwierdzić, że jest zwykłym czytadełkiem, które odkładamy na półkę i zapominamy w pięć minut po tym, jak skończymy czytać.
Ania – główna bohaterka powieści – wyjeżdża do Paryża, aby w mieście miłości poznać nowe życie, studiować na Sorbonie, pracować jako opiekunka i dorastać z dala od komunistycznej jeszcze wtedy Polski. Znajduje pracę u wydawałoby się milej rodziny, zapisuje się na kurs przygotowawczy, poznaje cudownych przyjaciół i zaczyna układać sobie życie na nowo. Bardzo tęskni, ale równie mocno chce spełnić swoje marzenia. Niestety, Ania jakby o swoich celach zapomina, poświęca się pracy z dziećmi, daje się wykorzystywać i nie robi nic, co sprawiłoby, żeby było jej lepiej.
W zasadzie książka „Niania w Paryżu” zaczyna się bardzo intrygująco: Ania posiniaczona i z bolącym okiem budzi się na piwnicznej podłodze w domu swoich pracodawców. Nie wie, czy potknęła się i upadła, czy może ktoś ją skrzywdził. Jak przez mgłę pamięta, że jej chlebodawczyni była bardzo niezadowolona.
Właściwie tylko to trzyma mnie przy książce – chcę wiedzieć, co doprowadziło do tej dziwnej sytuacji. Czekam na rozwiązanie zagadki i tylko dlatego książkę przeczytałam do końca. Nic innego mnie w niej nie interesuje. Cała fabuła jest mocno przerysowana i mocno naciągana. Przynajmniej na taką wygląda.
Główna bohaterka „Niani w Paryżu” po kilku stronach robi się denerwująca i nudna. Wiem, że gdybym spotkała ją w swoim życiu, nie polubiłabym jej. Jest po prostu nijaka. Nie wie, czego chce od życia i jest niesamowicie zagubiona.
Język książki niezwykle męczy. Jest wydumany, sztuczny, a ja mam wrażenie, że autorka, która od kilku lat mieszka we Francji, zapomniała, jak prawidłowo układać zdania w języku ojczystym.
Jedyne, co można zaliczyć na plus książki, to jej funkcja dydaktyczno – ostrzegawcza. Z jednej strony pokazuje, że trzeba na siebie uważać, z drugiej – przypomina, że musimy dążyć do spełnienia swoich marzeń. Czy ktoś z tych porad skorzysta? Szczerze wątpię.
Jednym słowem mówiąc: szkoda czasu na tę książkę. Lepiej wziąć bardziej pozytywne czytadełko i inaczej zabić sobie czas.
Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)
Agnieszka Moniak-Azzopardi, „Niania w Paryżu”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012
Komentarze