Bardzo żałuję, że zaczęłam czytać cykl „Cudze” od drugiej części, czyli od „Za cudze grzechy”. Pierwsza część, czyli „W cudzym domu” dopiero pojawiła się na mojej półce, ale koniecznie muszę dowiedzieć się, jakie były początki historii, która wciągnęła mnie od pierwszych stron. Żałuję, że przez rozpoczęcie „od środka” będę z opóźnieniem rozumieć do końca wątki, które przewijały się w powieści, jednak nawet ten brak znajomości początku opowieści nie wpłynął zbytnio na moją chęć przewracania kolejnych kartek.
Historia Rozalii, która zakochała się w niewłaściwym mężczyźnie i za karę musiała odpokutować kilka miesięcy na zesłaniu u rodziny przeplata się z losami jej ukochanego Dmitrija, który po dramatycznym zakończeniu pierwszej części znika w głębi Rosji, by dopiero po latach znów wpaść na siebie i zrozumieć, że miłość cierpliwa jest... I nawet wizja staropanieństwa nie jest w stanie zagłuszyć prawdziwych uczuć i zmusić niezłomnej panny do przyjęcia innego, którego historia pełna wzlotów i upadków, sukcesów i porażek również przewija się na kartkach książki. Jest również opowieść o Luizie i Joachimie, którzy krążąc między Warszawą, Gdańskiem a południem Francji szukają swojego miejsca na ziemi, w którym każde z nich będzie się czuło jak w domu. Ale jak wybierać między domem rodzinnym, interesami a szaloną matką? I jak panować nad emocjami, które w wielu przypadkach okazują się najgorszym doradcą? A tu jeszcze trzeba pamiętać o ideałach pracy u podstaw, o rewolucjach, o buntach społecznych, o terrorystach i zamachowcach, o tajnych spotkaniach i carskich szpiegach – uff, a to wszystko na zaledwie 370 stronach! Czy jednak aby odrobinę nie za dużo?
„Za cudze grzechy” to książka, w której losy poszczególnych bohaterów przeplatają się ze sobą bardziej lub mniej ściśle, niekiedy wątki rozgrywają się w znacznej odległości geograficznej i chronologicznej, jednak w którymś momencie bohaterowie znów zapisują wspólną historię, choć trudno jednoznacznie stwierdzić, kogo należałoby uznać za postać pierwszoplanową. I to naprawdę bardzo dobra koncepcja, którą Cygler dość sprawnie realizuje, dając każdemu odpowiednio dużo miejsca na kartkach książki. Wydarzeń jest dużo, każde z nich ma odpowiednią dynamikę i tempo, akcja pędzi do przodu – dzięki temu naprawdę nie można oderwać się od tej historii. Jednak momentami można odczuć lekkie ukłucie niedosytu – dlaczego tak mało dowiadujemy się o niektórych wydarzeniach, dlaczego reakcja bohatera była taka, a nie inna. Szkoda, że na przykład więcej nie powiedziano o działalności tajnych stowarzyszeń szykujących rewolucję, że tak mało miejsca poświęcono opisowi działania XIX-wiecznej pensji dla panien, że nie dodano informacji o rozwoju przemysłu na przełomie wieków...
W tej książce najważniejsi są bohaterowie i ich losy – i świetnie, dzięki temu jest to bardzo przyjemna powieść, a może nawet gotowy scenariusz na serial? Hanna Cygler pisze bardzo poprawnie (to u współczesnych pisarzy nie jest wcale takie oczywiste), soczyście, brawurowo, bawi się zdaniami, z których buduje wartką akcję. Jednak pisząc książki osadzone w pewnych realiach warto wspomnieć więcej na temat tamtej rzeczywistości. Oczywiście, wiele rzeczy da się wyczytać z uwag powiedzianych nie wprost, jednak odrobina atmosfery miast, w których rozgrywają się wydarzenia, mogłaby jeszcze „podkręcić” i tak bardzo ciekawą historię.
„Za cudze grzechy” Hanny Cygler to wprawdzie nie jest książka wybitna, ale jeśli będziecie potrzebowali dobrego, solidnego czytadła, to warto po nią sięgnąć. Tylko chyba jednak lepiej zacząć od pierwszej części :)
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
„Za cudze grzechy”, Hanna Cygler, Poznań, Wydawnictw Rebis, 2016
Komentarze