Są książki, które po prostu się czyta… i są takie, po których człowiek na chwilę musi odłożyć wszystko inne i posiedzieć w ciszy. „Zabić drozda” autorstwa Harper Lee zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Na początku nic nie zapowiada, jak bardzo historia zawarta w książce może uderzyć. Małe miasteczko Maycomb, dziecięce zabawy, wakacje spędzane na wygłupach z bratem i przyjacielem, plotki o tajemniczym Boo Radleyu.
Narratorką całej historii jest kilkuletnia Scout, która patrzy na świat z dziecięcą szczerością i naiwnością. I właśnie w tym tkwi siła tej książki – wszystkie dramaty widzimy oczami dziecka, które nie rozumie, jak bardzo świat potrafi być niesprawiedliwy. Dopiero gdy jej ojciec, Atticus Finch, decyduje się bronić czarnoskórego mężczyzny oskarżonego o gwałt na białej kobiecie, sielanka pęka jak bańka mydlana. Nagle to, co było codziennością, zaczyna być przesiąknięte nienawiścią i strachem przed „innym”. Scout nie pojmuje, dlaczego ludzie, których zna od zawsze, potrafią być tak okrutni. I właśnie to zderzenie dziecięcej niewinności z brutalnością dorosłego świata dotyka najmocniej.
Harper Lee pisze prostym, zrozumiałym dla czytelnika językiem. Jednakże każda scena, każdy dialog zostaje w głowie na długo. Atticus nie jest bohaterem, który mógłby mieć postawiony pomnik – to zwykły człowiek, który po prostu nie zgadza się na krzywdę i płaci za to ogromną cenę.
„Zabić drozda” to książka, która mówi przede wszystkim o dorastaniu, ale też o tym, jak bardzo nasze poglądy kształtuje otoczenie. To również historia o tym, jak łatwo jest stać po stronie większości i jak trudno niekiedy być uczciwym, gdy wszyscy patrzą krzywo. To jedna z tych powieści, które nie kończą się wraz z ostatnią stroną. To historia pozostająca w sercu i umyśle – jak pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sam.
Magdalena Chmielewska
Harper Lee, „Zabić drozda”, Wydawnictwo Rebis, Poznań, 2025.
Komentarze