Marisa Kashino to wieloletnia dziennikarka i reporterka, a „Zabójcza oferta” to jej literacki debiut. Prawdę mówiąc, nawet jeśli ten drugi fakt nie byłby uwzględniony na okładce, można byłoby spokojnie dojść do takiego wniosku samodzielnie.
Główna bohaterka Margo Miyake z jednej strony irytuje się najmniejszą oznaką uprzedzeń na tle rasowym, z drugiej doskonale wpisuje się w stereotyp Azjatki ze szczegółowym planem na życie. Ma być dom, potem dziecko, a po dziecku pies. Sęk w tym, że utknęła w punkcie wyjścia, bo po sprzedaży pierwszego lokum gnieździ się z mężem w ciasnym mieszkaniu, a jej trzydziestoośmioletni zegar biologiczny już nawet nie tyka, a wręcz atakuje myśli stadem wściekłych kukułek. Światełko w tunelu pojawia się za sprawą poczty pantoflowej: para gejów przeprowadza się z przedmieść Waszyngtonu do Londynu, a ich dom wydaje się wręcz stworzony dla Margo. Zaślepiona wizją rodzinnej sielanki popada w coraz większą obsesję, zupełnie zapominając, że najpiękniejszy budynek nigdy nie będzie rozwiązaniem wszystkich kompleksów z dzieciństwa i bolączek dorosłości.
Śledzenie zmagań Margo przypominało trochę oglądanie kraksy samochodowej w zwolnionym tempie. Kobieta jest odpychającą manipulatorką, która nie ma zahamowań i pogrywa z uczuciami innych, ale jednak ciekawi nas, do czego się jeszcze posunie i czy przekroczy tę ostateczną granicę. Kiedy wreszcie dochodzi do tego w końcówce, doznałam zawodu, bo ciężko było mi kupić Margo jako mistrzynię nie tylko zbrodni, ale również zacierania śladów. Kilka rozdziałów wcześniej ta kobieta była tak nieogarnięta, że zapomniała głupich podkładek z kodem QR, a nagle w 50 stron udaje jej się oszukać system monitoringu, techników kryminalistycznych, policję i w ogóle cały świat! Ja rozumiem, że to fikcja czytana dla rozrywki, ale jakieś granice zawieszania niewiary chyba istnieją.
Zwykle narzekam, że książka jest za długa i przegadana (tutaj jedynie opisy wnętrz robią za zapychacz, ale jest to do przyjęcia, skoro ma nam się udzielić klimat domowych pieleszy), tymczasem w przypadku „Zabójczej oferty” odniosłam wrażenie, że wycięto z niej kluczowe fragmenty. Wystarczyłoby zaledwie kilka scen, aby dodać postaci Margo chociaż namiastkę ludzkiej twarzy i pokazać jej stopniowe(!) przejście na ciemną stronę mocy. Gdybyśmy nie startowali z pozycji „tak, drodzy czytelnicy, ona jest niezrównoważona i będzie tylko gorzej”, być może byłby jakiś cień szansy, że ktoś będzie w stanie utożsamić się z jej przerysowaną, ale jednak w jakimś stopniu zaszczepioną w rzeczywistości walką, a może nawet po cichu jej w tych poczynaniach zacznie kibicować. Przydałyby się również jakiekolwiek wskazówki sugerujące, że nasza szalona desperatka to również prawdziwy geniusz zła. Poza tym pozostałe postaci w zasadzie… nie istnieją. Mąż Ian jest tylko po to, żeby się kłócić/spółkować, a jedyną zaletą rozwiązłej sąsiadki Natalie jest jej pies Frytek.
Podsumowując, „Zabójcza oferta” to książka jednej przejaskrawionej postaci. Na domiar złego nie czuć w niej narastającego napięcia, a jedynie frustrację czytelnika skazanego na spędzanie każdej możliwej chwili z Margo. Jedynym smaczkiem, którego nie pozwolę sobie odebrać, nawet jeśli nie jest zgodny z zamysłem autorki, jest myśl, że imię bohaterki zostało zapożyczone od chlipiącej nad dywanem sąsiadki z „Witaj święty Mikołaju”.
Izabela Fidut
Marisa Kashino, „Zabójcza oferta”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa, 2026.
Komentarze