Zaklinacz czasu – recenzja

Recenzja książki Zaklinacz czasu.
Tylko człowiek odmierza czas. Tylko on liczy, oczekuje, chce go więcej lub mniej. „Zaklinacz czasu” to historia o tym, jak jeden człowiek zdobył nad nim władzę.

Człowiek wciąż mierzy - ma tyle a tyle lat, tyle a tyle wzrostu, waży dokładnie tyle, taki ma numer buta. Odlicza do czegoś - do wakacji, do dzwonka, do urodzin, do wizyty u lekarza. Mówi, że „przyjdzie czas”, „czas to pieniądz”, trzeba coś zrobić „dla zabicia czasu”, „czas leczy rany”, „szczęśliwi czasu nie liczą”… Dor był szczęśliwy – jego przyjaciółka z dzieciństwa, Allie, została jego żoną, a Nim, trzeci z grupy, potężnym królem. Mimo to, postanowił liczyć – najpierw z pomocą patyka w ziemi, później korzystając z misek napełniających się wodą. Dla odliczania poświęcił swoje życie – musiał zostawić dzieci i opuścić miasto, w którym Nim budował potężną wieżę, której szczyt miał doprowadzić go do bogów. Wkrótce Allie zmarła, a on… Wciąż liczył. Został Ojcem Czasem, a jego rolą i zarazem wiecznym więzieniem było wysłuchiwanie ludzkich próśb o więcej czy mniej czasu. Unieszczęśliwił się na własne życzenie?

Więcej czasu chciała zakochana nastolatka, Sarah Lemon. Mało popularna, ale wzorowa uczennica, przeżywające pierwsze zauroczenie najpopularniejszym chłopakiem w szkole, który jednak nie odwzajemnia jej uczuć. O tym, by mieć czasu mniej, marzył umierający Victor Delamonte, osiemdziesięcioczterolatek, czternasty na liście najbogatszych ludzi na świecie, który precyzyjnie opracował swoją przyszłość – planował zamrozić się na kilkaset lat, by po ponownym narodzeniu być zdolnym się wyleczyć.  Ich losy splatają się, gdy w ich historie wkracza Dor – Ojciec Czas. Jego rolą jest pokazanie im, jaką wartość ma dla nich czas.

Na tym moja recenzja powinna się zakończyć, bo nie sposób napisać jednego wniosku, który wyciągnie każdy czytelnik z przeczytanej powieści Mitcha Alboma „Zaklinacz czasu”. Każdy, kto po nią sięgnie, zakończy lekturę z myślą, której potrzebował. To nie jest wielka, napisana bogatym językiem historia, to prosta, aczkolwiek tylko w formie, pozycja. Krótkie rozdziały, miejscami wytłuszczone zdania, szerokie marginesy – to wszystko wpływa na fakt, że książkę czyta się jednym tchem, ale te proste fundamenty, to baza pod niesamowitą opowieść, która zrobiła na mnie przeogromne wrażenie. Zapadła mi w pamięć i duszę. Niby prosta przypowieść, niczym opowieści biblijne, zresztą nawiązująca do nich motywem wieży Babel, a jednak głęboka i pełna refleksji.

Człowiek próbuje panować nad tym, co nieuchronne. Mając dwadzieścia cztery godziny każdego dnia, dzieli je na drobniejsze jednostki, przesypujące się gdzieś między palcami. Skraca sobie czas, podejmując próby zapanowania nad nim, marnuje go na planowanie, zastanawianie się, zamiast po prostu podjąć się jakiegoś działania. Zamiast narzekać, że nie można zdążyć, bo na coś było za mało czasu, zamiast marudzić, że coś trwa za długo i marnujemy czas, zamiast wieszać się na wskazówkach zegarka, by go opóźnić, albo desperacko popychać do przodu, by przyspieszyć jego bieg – korzystajmy z tego, że go mamy. Bo „nigdy nie jest za późno ani za wcześnie. (…) Jest dokładnie wtedy, kiedy trzeba”.

Ewa Mędrzecka
(ewa.medrzecka@dlalejdis.pl)



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat