„Zapomniane dzieje” - recenzja

Recenzja książki „Zapomniane dzieje”.
Magia, ciekawe przygody, tajemna i stara szkoła – motywy często wykorzystywane od czasów Harrego Pottera. Przyciągają czytelników, wzbudzają zachwyt. Jak jest w przypadku książki „Zapomniane dzieje”?

Fabuła
James jest nieśmiałym nastolatkiem. Często ukrywa się za książkami i nie jest powszechnie lubiany. Ma problemy typowe dla chłopców w jego wieku. Do czasu, gdy zaczyna naukę w tajemniczej szkole Denedrum. Dzięki przyznanemu stypendium wyrusza w przygodę, która odmieni jego życie. Nowy dom jest niezwykły dzięki swojemu urokowi oraz niecodziennym zajęciom. Nie ma tutaj matematyki, chemii, historii, są za to skoki ze spadochronem, nurkowanie, wyścigi samochodowe. Kto nie chciałby być w takim miejscu? Życie głównego bohatera zmienia się, kiedy dowiaduje się, że jest ostatnim żyjącym potomkiem Wielkiego Rodu Martoldeville. Jego istnienie było głęboko skrywane, a teraz wyszło na światło dzienne. Jedni się radują, inni planują zemstę na Jamesie. Jak potoczą się jego losy? Czy poradzi sobie w nowym, skomplikowanym świecie?

Moim zdaniem
Nastoletnie rozterki, ciężkie wybory oraz ciekawa fabuła to trzy z głównym punktów książki Mateusza Żygadło. Jest to pierwsza książka w dorobku autora, która ma swoje plusy oraz całkiem sporo minusów. Chciałabym zacząć od tych pierwszych żeby przybliżyć o co tak naprawdę się rozchodzi w całej burzy krążącej wokół książki.

Fabuła jest najjaśniejszym pozytywem całej książki. Autor miał bardzo ciekawy zamysł. Nastoletni chłopak odkrywa kim jest naprawdę. Trafia do magicznego świata Atofenów, którzy swoje moce opierają na ciągłym rozwoju. Najważniejsza zasada społeczności: człowiek czerpie magię z nauki. Każda nowa sytuacja sprawia, że Atofen przyswaja coraz więcej bodźców, a dzięki temu może osiągać lepsze efekty w aspekcie czarowania. Mają na to wpływ niecodzienne zajęcia. Bardzo spodobał mi się pomysł ciekawych lekcji, które nie są takie jakie znam ze szkoły. Każdy skok, przejażdżka, czy przeczytana książki, zbliża bohatera do osiągnięcia lepszych efektów w użytkowania swojego daru.

Tworzenie Pałacu myśli jest ciekawym zabiegiem. Stworzony w myślach obraz, który pozwala na odpowiednie wykorzystanie mocy bohatera. Podobały mi się opisy tworzenia tego miejsca. Autor szczegółowo przeprowadził czytelnika przez cały proces. Pokazał łatwe aspekty oraz te bardziej karkołomne. Wprowadził również element tajemnicy, który rozwieje zapewne w następnym tomie.

Niestety na tym moje pozytywne odczucia wobec książki się kończą. Długo siedziałam i zastanawiałam się, co mogę jeszcze z niej wyciągnąć. Jak zachęcić czytelnika do sięgnięcia po pozycję. Nic jednak nie znalazłam. Recenzja musi być rzetelna, a ja nie polecę książki, która jest niedopracowana w tak wielu aspektach. Najgorsze jest to, że ma bardzo duży potencjał.

Pierwszym minusem jest dość górnolotny język wykorzystany w nastoletnim życiu. Przez całą książkę miałam wrażenie, że czytam przemyślenia starego człowieka, który przeszedł niejedno w życiu. Najgorsze, że przeplata się to z często gówniarskim zachowaniem. Taka mieszanka spowodowała zamęt. Jak można traktować kogoś serio, kto jest chorągiewką na wietrze? Widać, że autor ma bogaty zasób słów jednak mam wrażenie, że wykorzystuje je w nieodpowiedniej literaturze. Mam w końcu książkę o młodzieży, przeznaczoną dla takich też odbiorców. Wyniosłe dialogi nie wpasowują się w przedstawioną tematykę.

Przechodząc dalej, bohaterowie. Znalazłam tylko jednego, do którego zapałałam sympatią. Duhajew jest nad wyraz komiczny, zgrywa podłego dziada bez serca, ale jest to tylko maska. W wielu momentach książki można się o tym przekonać. James jest dla mnie ciągłą zagadką. Niby taki wycofany, a za chwilę dusza towarzystwa. Od początku książki czytelnik ma styczność z opisem wszystkiego, co główny bohater robi. Rozciągnięte do granic możliwości streszczenia jedzenia, picia, spacerów, czytania, problemów z nieakceptowaniem przez rówieśników. Do tego sztywne i nierealne rozmowy z rodzicami. Początek książki zdecydowanie odpycha, jeśli ktoś nie jest zawzięty, to pierwsze 20-30 stron skutecznie zniechęci go do dalszego czytania. Kolejnym „kwiatkiem” w grupie jest Bler. Naprawdę chciałam ją polubić. Dziewczyna z pazurem, która od najmłodszych lat walczy o swoje. Wszystko by było pięknie, gdyby taka została. Niestety irracjonalne zachowania skutecznie zniechęcają do bohaterki. Miałam wrażenie, że czytam o małej dziewczynce, która ze złości zaraz zacznie tupać nóżkami. Gabe, nowy najlepszy przyjaciel Jamesa, jest najbardziej neutralną postacią. Szkoda, że jego potencjał nie został rozwinięty i zniknął w tle.

Brak systematyczności w dziedzinie nauki jest porażająca. James na każdym kroku jest we wszystkim najlepszy. Dopiero co przeciętny dzieciak, potrafi zdeklasować osoby z długoletnim doświadczeniem. Sprawy „nie do przejścia” są rozpracowywane w ciągu paru dni i to jeszcze nie przez niego, a osoby z otoczenia. Rozumiem, że jest potomkiem Wielkiego Rodu, ale jego umiejętności miały się rozwijać wraz z przyswajaną wiedzą. Efekty są niewspółmierne z włożonym wysiłkiem.

Ród Martoldevillów jest zagadkowy i mało o nim wiadomo. Jedna z tajemnic ciągnąca się przez całą książkę. Ciekawy wątek powieści został niedopracowany. Tak naprawdę nie wiadomo dlaczego rodzina Jamesa jest taka ważna. Co chwile coś się przewija w fabule, ale nie ma żadnych konkretów. Zamachy na życie ostatniego dziedzica przechodzą bez echa. Czytelnik nie poznaje świata intrygi oraz jej zawiłości. Ta część bardzo nurtuje, a została potraktowana po macoszemu.

Emocje, które w moim odczuciu są na poziomie zbyt niskim do całości. Bohaterowie wykazują chwilowe zmiany, przeważnie jest to gniew, jednak szybko zanika. Przez większość książki miałam wrażenie, że problemy są spłycane. Nie było ognia tam gdzie powinien być. Strasznie rzuca się to w oczy.

Ostatnią „wisienką” na torcie jest sfera uczuciowa głównego bohatera. Trójkąt miłosny oczywiście musiał się pokazać. W wielu momentach jest po prostu śmieszny. Nie w taki sposób, że czytelnik śmieje się z nieporadności młodzieńczej miłości. O nie, bardziej karykaturalny oraz nieżyciowy. Dziewczyny są sprowadzone do poziomu nieporadnych nimf, które podporządkowują się całkowicie decyzji chłopaka. Obrażają się na 5 minut, a za chwilę chodzą uśmiechnięte od ucha do ucha. Niestety James zachowuje się jak kogut wrzucony do kurnika i nie wie za którą chce lecieć bardziej.

Podsumowując, jestem bardzo rozczarowana. Kiedy przeczytałam opis książki, oczekiwałam dobrego debiutu, który wciągnie mnie bez reszty. Uwielbiam czytać o młodzieńczych perypetiach rozgrywanych starej londyńskiej szkole z tradycjami oraz tajemnicami. Naprawdę dałam historii duży kredyt zaufania. Próbowałam znaleźć plusy, jednak jest ich za mało w porównaniu z minusami. Mam wrażenie, że autor wydał książkę trochę za szybko. Gdyby dopracował bardzo ciekawą fabułę, powieść czytałoby się z przyjemnością. Może przy drugim tomie pokaże, na co naprawdę go stać i sprawi, że spadną mi skarpetki razem z butami.

Katarzyna Gnacikowska
(katarzyna.gnacikowska@dlalejdis.pl)

Mateusz Żygadło, „Zapomniane dzieje”, Gdynia, Novae Res, 2016



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat