„The Electric State” to głośny film sci-fi z dystrybucją wyłączną Netflixa, który miał premierę światową 24 lutego 2025 roku i polską 14 marca 2025 roku. Stanowi ekranizację – lub adaptację, trudno mi powiedzieć, jeszcze nie obejrzałam – powieści ilustrowanej Simona Stålenhaga, w oryginale wydanej w 2017 roku pod tytułem „Passagen”. Czy gdyby Netflix nie wziął się za przeniesienie książki na wielki ekran, polscy czytelnicy doczekaliby się rodzimego tłumaczenia? Może tak, może nie. Na pewno fakt ów skłonił wydawnictwo Zysk i S-ka do podjęcia decyzji pozytywnej i przyspieszył cały proces. Premiera nietuzinkowej powieści „Zapomniany horyzont. The Electric State” została zaplanowana na 11 marca 2025 roku, czyli na trzy dni przed pojawieniem się filmu na polskim VOD.
I bardzo dobrze, bo książka jest fantastyczna. Nie tylko gatunkowo, ale także jakościowo. Bardziej niż powieść ilustrowaną stanowi tekstowo-wizualne dzieło sztuki. Jest skąpa w słowa, ale bogata w historię, która rozgrywa się między słowami, dookoła słów i na obrazach. W ogóle obrazy zachwycają – nie tylko są piękne, klimatyczne, refleksyjne i powodujące, że wyobraźnia zaczyna galopować bez kontroli, ale także stanowią pełnoprawny i równorzędny z tekstem element opowieści. Innymi słowy: nie stanowią ilustracji do treści. One są treścią na równi z tekstem.
Fabuła „Zapomnianego horyzontu” jest wyjątkowa. Stanowi fragment historii, w którą czytelnik zostaje wrzucony bez przygotowania. Nie ma początku ani końca, rozumianych jako wprowadzenie i zakończenie. Kiedy czytelnik otwiera książkę, historia już się toczy. Ze względu na ów fakt wiele rzeczy pozostaje początkowo poza zrozumieniem odbiorcy. Natomiast w toku lektury wszystko staje się jasne. Wyjaśnienia nadchodzą w mistrzowski sposób. Autor nie robi przerw na objaśnianie wątków. Zamiast tego klocki fabularne trafiają na swoje miejsce naturalnie, np. kiedy coś się dzieje – w tekście lub na obrazie – bądź główna bohaterka coś wspomina. Co ważne, wspomnienia nie są przytaczane na siłę. Historia zdaje się mieć naturalny rytm fabularno-emocjonalny.
Bardzo podoba mi się fakt, że fabuła „Zapomnianego horyzontu” stanowi grę niedopowiedzeń, której luki uzupełniają się same zarówno dzięki tekstowi, jak i za sprawą obrazów. Wystarczy być uważnym na wydarzenia zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowe. Każde istotne dla fabuły – tego wycinka historii, który śledzi czytelnik – pytanie ostatecznie otrzymuje odpowiedź. Ta reguła nie dotyczy jednak całej historii, która ma nieznane przed i nieznane po. Zaczyna się i kończy w sposób otwarty, co – ponownie – podkreślają zarówno tekst, jak i obraz.
A skoro o finale książki mowa, jest perfekcyjny, tak samo jak reszta aspektów powieści Stålenhaga. Zamiast być klasycznym zakończeniem historii, stanowi jedynie koniec udziału w owej historii czytelnika. Odbiorca może co najwyżej zamknąć książkę, a historia toczy się dalej bez niego. To otwarte rozstanie czytelnika ze światem przedstawionym pozwala wyobraźni, nakarmionej obłędnymi obrazami i nastrojowymi opisami, zanurzyć się w oceanie możliwych biegów wydarzeń.
I wreszcie „Zapomniany horyzont” jest nie tylko ciekawy fabularnie. Jest także klimatyczny do granic możliwości i naładowany emocjami, które spływają na czytelnika i mu się udzielają. Dzięki talentowi literackiemu autora na czas lektury stałam się jednym z bohaterów wrogiego, niepokojącego świata postapokaliptycznego. Z całego serca życzę sobie więcej takich książek.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Simon Stålenhag, „Zapomniany horyzont. The Electric State”, Zysk i S-ka, Poznań, 2025.