Zaczyna się od mocnego uderzenia. Na walijskiej farmie zostaje odkryte sto pięćdziesiąt ciał członków żyjącej w skrajnej izolacji od świata sekty. Dla funkcjonariuszy policji sprawa wygląda na zamkniętą – dokonano masowego samobójstwa. To jednak nie koniec historii wychowanej w tym miejscu ciężarnej Romy i jej rodzeństwa: Eden oraz Ilo. Czy życie wśród obcych okaże się dla nich większym wyzwaniem niż przestrzeganie zasad wspólnoty Luciena?
Wchodzenie ocalałych z rzezi w kontakty z „martwymi”, czyli ludźmi z zewnątrz, jest skontrastowane z sytuacją Sary, samotnej rozwódki, która nieoczekiwanie dowiaduje się, że ma zostać opiekunką dwojga, delikatnie mówiąc nieprzystosowanych społecznie, nastolatków. Losy kobiety również trudno uznać za zwyczajne, ponieważ jej siostra zniknęła dwadzieścia lat wcześniej, a ojciec był kaznodzieją w zgromadzeniu ewangelickim dosłownie(!) przygotowującym dom dla Jezusa. Czyżby cała rodzina szaleństwo i skłonność do poddawania się błędnie postrzeganym autorytetom miała we krwi?
Już w trakcie czytania prologu zaczęłam się obawiać, czy autorce uda się wyważyć odpowiednie proporcje między opisem studium upadku, dynamiczną akcją i odpowiednim stylem opowieści. To moje pierwsza styczność z twórczością Alex Marwood i muszę przyznać, że zdania typu „Za tym murem jest coś, co odmieni nas na zawsze” i „Jutro nikt z nas nie będzie takim samym człowiekiem” zamiast napawać grozą wywołały u mnie wywrócenie oczami. Na szczęście, po tym nieco zniechęcającym początku, autorka się poprawiła, serwując umiarkowanie przystępną opowieść o sile manipulacji i przekraczaniu wszelkich granic w imię wyższego celu. Dynamizmu dodaje fakt, iż akcja rozwijana na dwóch płaszczyznach czasowych, co pozwala nam obserwować poczynania głównych bohaterów, czy raczej bohaterek, bo to Romy i Sarah grają tutaj pierwsze skrzypce, oraz konfrontować je z ich burzliwą przeszłością.
„Zatruty ogród” to pozycja dobra, ale nie wybitna. Powieść zdecydowanie mogłaby być bardziej mroczna i klimatyczna, a psychologia postaci lepiej zarysowana. Czytając rozdziały z perspektywy Romy spodziewałam się więcej przykładów alienacji również w warstwie językowej, momentami zdarzało mi się zapomnieć, że mam do czynienia z kimś, kto spędził większość życia w zamknięciu. Jeśli chodzi o Sarę, to czasem działała mi na nerwy jej infantylność i nieporadność.
W przypadku samej sekty nigdy nie poznajemy konkretnych przyczyn, które skłoniły nowoprzybyłych do porzucenia dotychczasowego życia i zaszycia się na terenie ogrodzonej murem posiadłości. Poza tym Romy twierdzi, że wszyscy członkowie komuny znikali po przekroczeniu granicy 50 lat, a jednak mamy do czynienia z postacią, która ta regułę łamie, a wcale nie należy do wyższych rangą przedstawicieli sekty.
Książkę szybko i łatwo się czyta, jednak intryga, która powinna być motorem wydarzeń, jest łatwa do rozgryzienia. Nie trzeba się specjalnie wysilać, aby przewidzieć dalszy rozwój wypadków, w związku z czym trudno o wykrzesanie odpowiedniej dawki dramatyzmu. Bilansując plusy i minusy, muszę zaliczyć „Zatruty ogród” do kategorii „niewykorzystanego potencjału”.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Alex Marwood, „Zatruty ogród”, Warszawa, Wydawnictwo Albatros, 2020 r.
Komentarze