„Zawiedzione nadzieje” - recenzja

Recenzja książki „Zawiedzione nadzieje”.
Rajem na ziemi wstrząsają makabryczne zbrodnie.

Słysząc słowa Gran Canaria zwykle myślimy o piaszczystych plażach, lazurowym niebie, krystalicznie czystej wodzie, kolorowych drinkach, pysznym jedzeniu i tłumach turystów pragnących w tym urokliwym miejscu naładować akumulatory przed powrotem do szarej rzeczywistości. Dla dobrze sytuowanych wybrańców jednorazowy wypad może przerodzić się nawet w zmianę miejsca zamieszkania. Grupą najbardziej złaknioną słońca i wiecznego lata są oczywiście przyzwyczajeni do śniegu i chłodu Skandynawowie, szczególnie ci, którzy po latach ciężkiej pracy przeszli na zasłużoną emeryturę. Wymarzona przeprowadzka nie oznacza jednak ucieczki przed problemami i ciemną stroną życia, a jedynie zamianę mroku Nordic Noir na jego tropikalny odpowiednik.

Podczas powrotu do domu ofiarą bestialskiego mordu pada lubiąca zaglądać do kieliszka Szwedka Linda Andersson. Okoliczności jej śmierci są nietypowe: zmasakrowana tępym narzędziem twarz, tajemnicze perły i mąż Bengt… śpiący za ścianą i niepamiętający, co wydarzyło się zeszłej nocy. Pozornie prosta sprawa małżeńskiej przemocy gmatwa się, gdy podczas oprowadzania wycieczki w podobny sposób ginie Fredrik - właściciel baru o swojskiej nazwie „Szwedzki pub” i zarazem serdeczny przyjaciel zarówno denatki, jak i głównego podejrzanego. Na społeczność przyjezdnych pada blady strach. Sprawę próbuje rozwikłać nie tylko policja, ale również przeżywająca kryzys wieku średniego, czy bardziej nadmiar niezaspokojonych potrzeb seksualnych (nie chcąc zdradzać za dużo, napiszę tylko biedny stołek), dziennikarka Sara Moberg i były detektyw zatrudniony w szwedzko-norweskim konsulacie Kristian Wede. O ile prywatne problemy Sary trącą komizmem i trywialnością, o tyle jej partner jest dość ciekawą postacią próbującą po latach nawiązać więź z chorą córką i uporać się z traumą z przeszłości. Niestety, na rozwiązanie tego drugiego wątku przyjdzie pewnie czytelnikom poczekać do końca cyklu.

Morderstwa ludności napływowej to jednak nie jedyny problem malowniczej wyspy. Seria zamachów bombowych przypomina, że to nie tylko miejsce idyllicznego wypoczynku, ale również pełnej trudu egzystencji miejscowych i ponad czterdziestoletnich dążeń separatystycznych. Mari Jungstedt bardzo dobrze udaje się oddać nie tylko klimat Gran Canarii, ale również kontrast między dwoma światami stłoczonymi tuż obok siebie, przy czym tylko jeden z nich zdaje się zdawać sobie sprawę z istnienia drugiego, dopóki nie dochodzi do tragedii. Alienację i specyficzną mentalność odrodzonych od prawdziwych problemów cudzoziemców doskonale obrazuje przykład kanaryjskiego kelnera zwolnionego z pracy z powodu braku znajomości ich języka.

Zgrabnie poprowadzone rozwikłanie zagadki kryminalnej zwraca uwagę, że rozwój turystyki jest dla tego regionu w równym stopniu błogosławieństwem i przekleństwem. Z jednej strony jest to główna gałąź napędzająca gospodarkę, z drugiej niszczycielska siła wymuszająca sprzedaż ziemi, przesiedlenia i pogłębienie podziałów społecznych między walczącymi o przetrwanie tubylcami, a bogatymi obcymi, którym doskwiera brak zajęcia i nuda w małżeństwie. Wystarczy zerknąć za fasadę zapierających dech w piersiach krajobrazów, by przekonać się, że każdy raj na ziemi ma swoją cenę, a tytułowe zawiedzione nadzieje nie posiadają żadnych ograniczeń geograficznych.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Mari Jungstedt, „Zawiedzione nadzieje”, Warszawa, Wydawnictwo Bellona, 2018 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat