„Zbiornik 13” pozornie zaczyna się niczym typowy kryminał. Poświąteczny spokój w jednej z angielskich wsi przerywa zniknięcie trzynastoletniej turystki Rebecci Shaw. Dziewczyna wyszła z ojcem i matką na spacer w góry i już nigdy z niego nie wróciła. Organizowane są akcje poszukiwawcze, wykluczane są kolejne teorie, miejscowi starają się w miarę możliwości wesprzeć pogrążonych w rozpaczy rodziców nachodzonych przez żądnych sensacji dziennikarzy. Gatunkowy schemat zostaje jednak bardzo szybko rozbity, a odpowiedź na pytanie - „Kto to zrobił?” - do samego końca postaje w sferze domysłów.
Jon McGregor decyduje się bowiem na dość ryzykowny krok, nie stawiając w centrum uwagi ani potencjalnej ofiary, ani jej cierpiącej rodziny, ani nawet funkcjonariuszy próbujących odkryć prawdę. Autor postawia skierować przenośne oko kamery na zwykle robiących za żywe tło, ludzi stojących w dalszych rzędach tłumu za rozciągniętą taśmą policyjną, a następnie podążyć za nimi do ich domów i… spędzić w nich kolejne 13 lat. Nie da się zaprzeczyć, że powieść chce nam zaoferować coś niespotykanego, jednak wydaje mi się, że istnieje zbyt duży rozdźwięk między interesującym zamysłem, a jego sukcesywną realizacją, przez co ta dość senna i monotonna pozycja trafia do kategorii tych, które albo się uwielbia, albo nienawidzi.
Pomysł by śledzić tubylców zmagających się z prozą życia po tym, gdy ich miejsce zamieszkania zostaje naznaczone dramatem, miałby sens, gdyby to wydarzenie faktycznie odcisnęło tak głębokie piętno na szarej egzystencji społeczności lub też gdyby pisarz chciał pokazać, że poza tymi naświetlonymi przez media tragediami są także takie chowane głęboko przed oczami gapiów. Tymczasem w „Zbiorniku 13” to, co najbardziej emocjonujące zostaje zepchnięte na dalszy plan, nie występuje żaden punkt kulminacyjny, a fabuła zdaje się tkwić na niekończącym się etapie ekspozycji. Nie bierzemy udziału w akcji, możemy jedynie biernie przyglądać się niekończącemu się cyklowi wiejskiej pracy, narodzin i zgonów, romansów, rozstań, ślubów i rozwodów, nowych początków, zwolnień, przeprowadzek, a nawet wspólnego wyprowadzania psa. Wciskane nachalnie co rozdział zdania typu „Niektórym jeszcze się śniła” pozostają pustymi frazesami. Nie są poparte ani faktami, ani dialogami, których swoją drogą w książce prawie nie ma.
Na dobrą sprawę można by wyciąć cały wątek zaginięcia i dostalibyśmy zarys czystej wielosezonowej opery mydlanej. W żadnym miejscu nie dostajemy dowodu na to, że zachowanie danego bohatera nie wynikało z jego charakteru i własnych, nieraz traumatycznych, doświadczeń, a właśnie tego konkretnego zdarzenia dotyczącego w większości przypadków zupełnie obcej im osoby. Jedynym wyjątkiem pozostaje niedoszły „chłopak” dziewczyny, nieszczęśnik, który w natłoku postaci po prostu nie ma szans na wybicie się. Zwykle mniej znaczy lepiej i w tym przypadku zastosowanie się do tej zasady zdecydowanie wyszłoby powieści i jej odbiorcom na korzyść.
Być może znajdą się fani opisów przyrody i szarzyzny codzienności, bądź czytelnicy lepiej odnajdujący się w roli podwójnych obserwatorów, jednak ja niestety do nich nie należę, w związku z czym nie mogę uznać książki Jona McGregora za udaną.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Jon McGregor, „Zbiornik 13”, Warszawa, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, 2018 r.
Komentarze