Z początkiem powieści przenosimy się do roku 1959, do czasu gdy w Krakowie dochodzi do ogromnej tragedii. Ginie młoda dziewczyna, Iwona Horn, córka znanego prokuratora biorącego niegdyś udział w wojnie domowej w Hiszpanii. Nikt nie wie dlaczego i z czyjej ręki zginęła, a najbliżsi mogą się tylko domyślać powodów.
Kilkadziesiąt lat później Filip Dobrowolski wspomina tę wiosnę, gdy utracił dziewczynę, na widok której zapierało mu dech w piersiach. Wiosnę, gdy wraz z przyjacielem swego ojca, doktorem Jerzym Gruszewskim, próbował na wszelkie sposoby znaleźć rozwiązanie tej tajemniczej sprawy. Z jego perspektywy poznajemy wszystkie szczegóły dotyczące śmierci Iwony Horn.
W „Dziewczynie z aniołem” zatraciłam się tak bardzo, że jej bohaterów w pewnym momencie zaczęłam traktować jak prawdziwych ludzi z krwi i kości. Lubię takie książki, których autorzy dają mi w jakiś sposób poczucie bliskości z wykreowanymi przez siebie postaciami. Podczas lektury nieustannie zastanawiałam się nad życiem Iwony Horn. Czy żyłaby, gdyby jej ojciec był kimś innym? A może gdyby zaczęła spotykać się z jakimś innym chłopcem? Albo gdyby prowadziła zupełnie inny styl życia? Gdyby żyła w innym czasie? W innym miejscu? W innym otoczeniu? A co z Filipem? Czy wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby bardziej starał się o to, na czym mu zależało? Gdyby podjął właściwe kroki wtedy, gdy powinien to zrobić? Gdyby nie stchórzył w decydującym momencie? W końcu dotarło do mnie, że do okropnej tragedii może doprowadzić właściwie wszystko. Od szczeniackich, nieprzemyślanych żartów zaczynając, poprzez niewyjaśnione sprawy sprzed lat aż do zatargów politycznych.
Dużą wagę Agnieszka Krawczyk zdaje się przywiązywać do tego, co nas w jakiś sposób definiuje, a więc naszych wspomnień. I tu zwraca uwagę zarówno na to co dobre, jak i to co do końca życia będzie nękać nas w koszmarach. Tak jak są chwile, które przez całe lata będziemy przywoływać z niekłamanym szczęściem, jak chociażby jeden krótki moment, w którym zrobiliśmy na kimś dobre wrażenie, tak i są rzeczy, które kładą się cieniem na całym naszym życiu i choć byśmy się mocno starali, nie pozwalają o sobie zapomnieć. To nie musi być nawet wyrządzenie komuś krzywdy czy zrobienie czegoś, co z definicji staje się złem, to może być jedna źle lub zbyt późno podjęta decyzja, która w efekcie ma wpływ nie tylko na nasze życie, ale i na życie znanych nam osób.
Na plus zaliczam klimat powieści stworzony przez Agnieszkę Krawczyk. Bardzo żałowałam, że nie zdecydowała się akcji swej powieści umieścić we Wrocławiu, albo że nie znam Krakowa na tyle, by móc się choć odrobinę zorientować w opisywanych przez autorkę miejscach, by móc podążać krakowskimi uliczkami wraz z jej postaciami.
Podobało mi się zakończenie „Dziewczyny z aniołem”. Zakończenie, którego się zupełnie nie spodziewałam, które, co trzeba przyznać, początkowo mocno mnie rozczarowało, ale dzięki któremu myślałam o książce jeszcze kilka dni po skończeniu lektury. Zresztą nie tylko o samej książce, ale i sprawach podobnych do tej przedstawionej przez autorkę, o tym co dzieje się z winowajcami i z bliskimi ofiary, jak sobie radzi każda z tych osób.
Jestem pewna, że to nie było moje ostatnie spotkanie z Agnieszką Krawczyk. Nabrałam bowiem ogromnego apetytu na jej pozostałe powieści.
Izabela Raducka
(izabela.raducka@kobieta20.pl)
Agnieszka Krawczyk, „Dziewczyna z aniołem”, Wydawnictwo SOL, Warszawa 2012
Komentarze