Na przełomie XIX i XX wieku w Jeziorach pod Poznaniem trwają przygotowania do ślubu Heleny, dziedziczki rodowego majątku. Cała uroczystość staje jednak pod znakiem zapytania, bowiem Helena nie ma posagu – dwór jest zadłużony, a obiecany wkład w posag w postaci skarbu wydaje się niemożliwy do odnalezienia. Jan, krewny Jerzów, musi wpaść na jego trop, zanim problemy finansowe rodziny wyjdą na jaw. W czasie poszukiwań zostaje zastrzelony mężczyzna, który groził przejęciem Jezior. Początkowo wydaje się, że sprawca został przyłapany niemalże na gorącym uczynku – ale czy na pewno?
I tak trudna sytuacja komplikuje się dodatkowo, gdy wychodzi na jaw, że wszyscy członkowie rodziny mają swoje tajemnice, utrudniające ujawnienie tożsamości sprawcy. Trup we dworze, obecność pruskiej policji oraz narzeczona, która wcale nie chce wychodzić za mąż – te okoliczności wcale nie ułatwiają Janowi odnalezienia skarbu dziadka i uratowania rodziny przed okryciem się hańbą. Zwłaszcza, że młody mężczyzna ma nieodparte wrażenie, że ktoś konkuruje z nim w tym zadaniu – giną pojedyncze wskazówki, a jego notatki są regularnie przeglądane…
„Zbrodnia w szkarłacie” Katarzyny Kwiatkowskiej to powieść określana mianem „rasowego kryminału retro”. Z członem „retro” nie sposób się nie zgodzić – akcja przeniesiona została do zaborczych realiów uzależnionej od Prus Wielkopolski i ta warstwa nakreślona została naprawdę precyzyjnie; nie brakuje nawiązań do realnych zjawisk i organizacji, działających w tamtym okresie na terenie, na którym rozgrywa się akcja powieści – trudno skrytykować warstwę merytoryczną. Jednak „rasowy kryminał” to według mnie za dużo powiedziane. Owszem, nie brakuje poplątanych wątków, prowadzących w większości do coraz większych znaków zapytania – do rozwiązania dostajemy dwie tajemnice – morderstwa i ukrytego skarbu, ale dochodzenie do prawdy ma miejsce poza czytelnikiem.
Według mnie wyznacznikiem prawdziwego, pełnokrwistego kryminału jest takie dawkowanie czytelnikowi danych, tropów i wskazówek, żeby razem z detektywem czy innym poszukiwaczem emocji mógł dochodzić do rozwiązania. W przypadku „Zbrodni w szkarłacie” wiedza czytelnika jest na tyle okrojona, że do samego końca nie jest w stanie odgadnąć, kto jest sprawcą ani gdzie kryje się skarb – istotne informacje, które pozwoliły książkowym detektywom rozwikłać zagadkę, dla czytelnika pozostają nieznane do samego końca. To odbiera uroku lekturze – większość miłośników tego gatunku literackiego sięga po kryminały, by razem z bohaterami eliminować poszczególne niewiadome, nieraz wyprzedzając ich nawet odrobinę – wytropienie sprawcy, zanim wszystkie karty odkryje autor, daje niezwykłą satysfakcję. O „Zbrodni w szkarłacie” trudno powiedzieć więcej, niż to, że jest to dopracowana merytorycznie, bardzo poprawna powieść, której jednak brakuje wysublimowania dobrego kryminału. Porównywanie autorki, Katarzyny Kwiatkowskiej, do mistrzyni gatunku – Agathy Christie, wydaje mi się mocną przesadą.
Ewa Mędrzecka
(ewa.medrzecka@dlalejdis.pl)
Katarzyna Kwiatkowska, „Zbrodnia w szkarłacie”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2015
Komentarze