Rok 2004. W Olsztynie grasuje morderca, który – o dziwo! – swoje ofiary wyłuskuje spośród podstarzałych mężczyzn. Paweł Weres zostaje wydelegowany, aby dziennikarskim okiem przyjrzeć się zdarzeniom i napisać na ich temat niezwykle fascynujący artykuł. W jego rodzinnym mieście przyjdzie mu zmierzyć się nie tylko z mordercą, który swoim ofiarom wkłada w usta motyla jedwabnika, ale też z demonami przeszłości, wyrzutami sumienia i tajemnicami z lat 70-tych.
Główny bohater jest niczym Mock Krajewskiego– arogancki, gburowaty i nieprzyjemny. Pije i nie ma szacunku dla siebie, ani dla innych. Trudno go lubić. Zdecydowanie bardziej charakterystyczną i, jak dla mnie, fascynującą postacią jest ekscentryczny stryj bohatera - ekskomunikowany kapłan (choć sam twierdzi, że odszedł z kościoła, decydując się na akt apostazji). I to właśnie on przeprowadza Pawła przez labirynty religijnych tajemnic. I to właśnie dzięki jego opowieściom i jego wiedzy udaje się rozwikłać tajemnicę MOTYLA.
Fabuła jest dość naciągana – chyba za bardzo autor chciał ją uatrakcyjnić. I tutaj znowu mamy ukłon w stronę Krajewskeigo – tajemnicza sekta pedofili, która w czeluściach starego pałacu oddaje się orgiom z nieletnimi: instytucja kościelna, której macki sięgają bardzo szeroko. Do tego dodajmy jeszcze grzechy z przeszłości i zbrodnię z lat 70-tych. Jak dla mnie, trochę tego za dużo.
Miejscami miałam wrażenie, że Białkowski za bardzo chciał czytelnika wyedukować i trochę przesadził. Tłumaczy rzeczy, które prawie każdy średnio wykształcony (a czasem i niewykształcony) człowiek po prostu wie – nie rozumiem bowiem tłumaczenia czytelnikowi takich podstawowych wiadomości, ja na przykład kontrwywiad , Septuaginta czy Wulgata. Trochę mu to nie wychodziło, bo po pierwsze – tłumaczył podstawy podstaw, a po drugie – trochę razi edukowanie czytelnika wtedy, kiedy w książce aż roi się od błędów językowych, leksykalnych czy stylistycznych.
I choć książce można wiele zarzucić, to w ogólnym rozrachunku wychodzi dobrze. Nawet bardzo dobrze. Powieść Białkowskiego ma w sobie to wszystko, co powinien mieć dobry kryminał – mordercę, kilka trupów, zbrodnię z przeszłości, samozwańczego detektywa i tajemnicze stowarzyszenie. Dla fanów tajemnic, pałaców i nieodkrytych zakątków Warmii będzie to dodatkowa gratka i kolejny powód do sięgnięcia po „Drzewo morowe”.
Autor planuje napisanie serii kryminalnej z dziennikarzem Werensem w roli głównej – jeśli pozostałe jej części będą tak samo dobre, jak „Drzewo morowe” – to ja stanę się jej wierną fanką.
Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)
Tomasz Białkowski, „Drzewo morowe”, Szara godzina, Katowice 2012
Komentarze