Zbrodnia ze Szwecją w tle

Recenzja książki "Umierający dandys".
Gotlandia na wakacyjnych pocztówkach jawi się jako sielska i anielska wyspa.

Kiedy jednak pokrywać zaczyna ją śnieg, wieje silny wiatr, a krople deszczu spadają na ziemię, możemy się spodziewać, że jej oblicze zmieni się nie do poznania.

Taką zmianę wykorzystuje Mari Jungstedt w swojej najnowszej powieści – w „Umierającym dandysie”. Kryminał jest piątą częścią serii o komisarzu Knutasie i dziennikarzu Bergu. Nie znam poprzednich przygód bohaterów, tym bardziej obiektywnie i łatwiej chyba mi ocenić tą książkę.

Już sam tytuł podpowiada nam, że akcja rozgrywać będzie się w światku elity, kultury i sztuki. Otóż, właściciel galerii zostaje zamordowany, a jego ciało morderca zawiesza w najbardziej reprezentacyjnej bramie Visby. Jednocześnie ze sztokholmskiego muzeum ginie obraz - „Umierający dandys”. Pierwsze kilkadziesiąt stron pokazuje, że Wallin nie należał do najuczciwszych ludzi. Na jaw wychodzą machlojki, tajemnice i ukrywane sprawy sprzed lat, a w mieszkaniu ofiary policja odnajduje kradzione obrazy. Któż inny miałby rozwikłać tę zagadkę jego śmierci – jeśli nie Knutas?

Jungstad używa typowych dla popkultury motywów. Mamy więc wyspę (która co prawda nie jest tak zamknięta, jak być powinna, ale mamy), mamy miłość, romans i morderstwo w miejscu (i wśród osób), których nie podejrzewalibyśmy (no przecież to elita). Mocno czerpie też z tradycji kryminału skandynawskiego, który w ostatnim czasie przeżywa złoty wiek. Niemniej jednak analogie i nawiązania nie przeszkadzają i choć są łatwo dostrzegalne, nie rażą aż tak bardzo.

Podczas całej akcji rozwiązujemy nie tylko zagadkę, ale przyglądamy się współpracy policji z miejscowymi (i nie tylko) mediami. Komisarz, który czuje, że czasy się zmieniają, że za chwilę nie będzie już tematów tabu, a czwarta władza zacznie wchodzić z butami tam, gdzie nie powinna, stara się utrzymywać z nią poprawne (jeśli nie zażyłe) stosunki. I tutaj chyba autorka przesadziła – zbyt natarczywie, według mnie, chciała pokazać i skupić się na zmianach, jakie zachodzą w świecie.

Choć fabuła oscyluje między mała wysepką a Sztokholmem, miedzy posterunkiem policji a życiem bohaterów, brakuje mi tutaj chyba troszeczkę tła obyczajowego, opisu szwedzkiej mentalności i zachowań ludzkich. Wiem, nie to jest w kryminale najważniejsze, jednak kiedy autorka decyduje się na uczynienie z życia prywatnego bohaterów ważnego wątku (czasem wręcz wydawało mi się, że ważniejszego niż sama zagadka), oczekuję, że zrobi to porządnie. Język powieści jest prosty, a krótkie zdania powodują, że czytelnik łatwo poznaje dalsze fakty, nie męczy się, a fabuła mocno go wciąga.

Nie mogę powiedzieć, że to najlepszy kryminał, który kiedykolwiek czytałam. Nie mogę też powiedzieć, że jeden z lepszych, ale coś jednak jest w tej książce. Niby fabuła kryminalna jest średniej jakości (przy całej mojej przychylności do Jungstadt), niby bohaterowie nie tacy, jakich bym się spodziewała, niby klimat nie taki, ale powieść przyciąga. I to mocno. Na tyle mocno, że sięgnę po pozostałe kryminały Jungstedt.

Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)

Mari Jungstedt, „Umierający dandys”, Bellona, Warszawa 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat