Zbyt wspaniały bohater zrujnował książkę

Recenzja książki „Ścieżki Avenidów”.
Warto zacząć od tego, że strasznie trudno przebrnąć przez pierwsze sto stron książki, czyli do momentu kiedy zaczyna się jakakolwiek akcja.

Choć z kolejnym stronami „Ścieżki Avenidów” stają się bardziej znośne, nie należą do porywających lektur. Już sam przydługi opis ślubu i wszystkich dworskich, rodzinnych i społecznych zależności, którymi rozpoczyna się książka, zakrawa na jakąś nieudaną parodię twórczości Jane Austin. Wiadomo, każda dziewczyna czeka na swojego księcia z bajki, ale sposób, w jaki przedstawia to oczekiwanie Agnieszka Grzelak, sprawia, że nic nie wydaje się bardziej mdłe, żałosne i nudne. Każda dziewczyna ma swoje wymagania, a dla naszej głównej bohaterki najważniejsze okazuje się to, żeby chłopak umiał tańczyć i jest to kwintesencją całej postaci Mori. Cóż..., nie jest ona przesadnie głęboka.

Już dawno żadna postać fikcyjna nie znudziła mnie tak jak ona. Każdy dobry bohater, czy to filmu, czy książki, ma to do siebie, że czytelnik może się z nim utożsamić. Zazwyczaj dzieje się to dzięki temu, że ma on do pokonania jakąś trudność, która jest zarazem próbą charakteru, a porządny bohater musi stanąć w obliczu prawdziwego niebezpieczeństwa i nie może z niego wyjść nawet nie draśnięty. Niestety, tam, gdzie nie leje się krew, nie ma prawdziwej przygody, a nasza wspaniała Mori zaledwie gubi buty! Porywa ją zły książę, a jej prawie-chłopak Dark chce ją uratować, jednak nie liczmy na jakąkolwiek konfrontację – dziewczyna poradzi sobie sama. Szkoda tylko biednego Darka, bo biedaczysko nawet nie ma szansy żeby uratować ją przed potknięciem się o własne sznurówki. Właściwie, nie wiadomo po co ktokolwiek jej pomaga, bo Mori jest taka piękna, uzdolniona, nieprzeciętna i zmyślna, że od razu odechciewa się o niej czytać, skoro z góry wiadomo, że wszystko jej się uda.

Czytając „Ścieżki Avenidów” trudno choć przez chwilę zadrżeć o losy pozostałych bohaterów, bo akcja nie obfituje w spektakularne zdarzenia. Ma to doprawdy fatalny wpływ na fabułę. Gdzieś tam niby jest jakieś niebezpieczeństwo, jakieś intrygi i knowania, ale tak naprawdę konsekwencji nie ma z tego żadnych. Najgorsze jednak są  pojawiające się co krok nieśmiałe związki miłosne absolutnie pozbawione prawdziwej pasji. Przyznam szczerze, przy tym jak relacje miłosne opisuje Agnieszka Grzelak, trójkąt miłosny rozgrywający się pomiędzy bohaterami „Zmierzchu”, to naprawdę coś mocnego.

Sięgając po „Ścieżki Avenidów” miałam przez chwilę wątpliwości, ponieważ nie czytałam poprzednich książek o przygodach szklarki i jej córki Mori, ale nie czuję, że wiele mi umknęło, bo co i raz znajdujemy tu do nich odniesienia. W pewnym momencie nawet robi się to nieznośne, bo zdaje się, służą one tylko temu, żeby przypominać jak wspaniała jest Mori. Niestety, czyni ją to postacią zupełnie odrealnioną.

Jednym jaśniejszym aspektem „Ścieżek Avenidów” jest świetny pomysł ze światem książek i zamieszkującym go ludem, czyli Avenidami. Zarówno oni sami, jak ich miasto Xtilac, są nieźle opisani, a kraina Avenidów, to wręcz wymarzone miejsce dla moli książkowych, aż chciałoby się więcej. Niestety, warto pamiętać, że przecież nie jest to wcale książka o Avenidach, tylko o Mori i właśnie dlatego zdecydowanie odradzam lekturę.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Agnieszka Grzelak, „Ścieżki Avenidów”,  Prószyński i S-ka, Warszawa 2010


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat