„Zima w Lizbonie” – recenzja

Recenzja książki „Zima w Lizbonie”.
Melancholia to uczucie, które niektórzy artyści potrafią przekuć na wspaniałe, pełne emocji dzieła. Jednym z nich jest z pewnością Antonio Muñoz Molina.

Od pierwszego rozdziału „Zimy w Lizbonie” nieustannie nasuwały się skojarzenia z „Szelmostwami niegrzecznej dziewczynki” Maria Vargasa Llosy. Znakomity peruwiański pisarz, laureat Nagrody Nobla stworzył obraz beznadziejnej miłości, która nigdy nie ma prawa się spełnić i można jedynie cieszyć się jej skromnymi okruchami. „Niegrzeczna dziewczynka”, która deklaruje, że nie wierzy w miłość, ucieka z coraz to nowymi mężczyznami, by po każdej nieudanej przygodzie wrócić do Ricardo. Podobnie postępuje Lukrecja – kobieta, w której pewnej nocy w zadymionym barze muzycznym w San Sebastian zakochuje się muzyk Santiago Biralbo. Ta jednak, związana z handlarzem dzieł sztuki, godzi się jedynie na gorący romans, nie widząc możliwości związania się z ubogim grajkiem. Za każdym razem, gdy przygnębiona i zmęczona trudnymi doświadczeniami prosi wiernie czekającego na nią Biralba o spotkanie, ten otwiera przed nią serce i pozwala rujnować swoje życie, by choć na kilka chwil ujrzeć ukochaną.

Próba zaklasyfikowania powieści Moliny do określonego gatunku wcale nie jest łatwa. „Zima w Lizbonie” ma w sobie elementy kryminału, powieści przygodowej, romansu. Wszystkie wątki fabularne są jednak przede wszystkim tłem dla wysublimowanych opisów, sensualnych wynurzeń i dźwięków, które zastępują słowa. Całość ma strukturę retrospekcji, w której Biralbo opowiada tajemniczemu narratorowi o tym, co łączyło go z Lukrecję i jak przez kolejne lata toczyły się ich losy, choć przyjaciel przecież pamięta te wydarzenia z własnej perspektywy i nieraz komentuje usłyszane wyznania. Ten rozrachunek z przeszłością, podjęty dzięki wielkiej mocy burbona i wzmocniony dymem papierosów jest potrzebny – to dzięki miłości do niezwykle tajemniczej kobiety powstawały najbardziej znane kompozycje grane wieczorami w „Lady Bird”.

Antonio Muñoz Molina stworzył melancholijną, sentymentalną powieść, na kartach której powoli smakuje nie tylko miłość Santiago i Lukrecji, ale także klimat miast, w których bohaterowie spotykają się, by przeżyć kilka chwil namiętności, której wspomnienie musi wystarczyć im na kolejne miesiące i lata do czasu, aż znów nie nastąpi spotkanie. Niesamowicie subtelna, ale jednocześnie bardzo wyrazista w swojej wymowie „Zima w Lizbonie” udowadnia, że niektóre historie opierają się na emocjach i to właśnie im powinien poddać się czytelnik, by poczuć smak burbona, doświadczyć delikatności dotyku, usłyszeć pełne pasji utwory, dojrzeć światło grające na obrazach Cézanne’a. Nie jest to zadanie łatwe, ale jeśli dasz się porwać Lizbonie, przeżyjesz niewiarygodną przygodę, po której – ostrzegam – możesz długo dochodzić do siebie.

M.A.G.
(mag@dlalejdis.pl)

Antonio Muñoz Molina, „Zima w Lizbonie”, Wydawnictwo: Rebis



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat