„Zła droga” – recenzja

Recenzja książki „Zła droga”.
Złożona obietnica zawsze łączy się z odpowiedzialnością. W skrajnym wypadku jej realizacja może poddać w wątpliwość dobre zamiary wszystkich, których znamy.

Bert Amandale jest uznanym autorem thrillerów poszukującym inspiracji do nowej powieści. Jego żona Miriam zajmuje się prowadzeniem galerii, a ich córka Britney głównie sprawianiem problemów, gdy wpada w sidła heroiny. Przeprowadzka do prowansalskiej wioski ma być dla nich szansą na nacieszenie się sobą po świeżo zażegnanym kryzysie. Zrządzeniem losu, dom w okolicy kupuje również Chucks Basil, nielubiany przez Miriam wieloletni przyjaciel męża i zarazem przebrzmiała gwiazda rocka pragnąca dokonać triumfalnego powrotu na szczyty list przebojów. W odróżnieniu od małżonki niechętny poznawaniu nowych ludzi Bert nie posiada się ze szczęścia, gdyż woli towarzystwo starego druha od bogaczy rozprawiających o jachtach. Sielanka nie trwa jednak długo. Po wspólnie spędzonym wieczorze Chucks potrąca człowieka, w panice uciekając z miejsca wypadku. Okazuje się, że policja nie ma o niczym pojęcia, na drodze nie ma żadnych śladów, a jedyne, co udało mu się przypomnieć, to wypowiedziane przez ofiarę słowo „pustelnia”. Wskutek narastającej paranoi muzyk wywiera na koledze danie słowa, że w razie czego to on podejmie się doprowadzenia sprawy do końca. Gdy jego zwłoki zostają znalezione w przydomowym basenie, Bert początkowo dość niechętnie zabiera się za składanie elementów zawiłej układanki.

Prywatne śledztwo prowadzi go w mało przyjemne miejsca. Najpierw próbuje zbadać tajemniczy, ukryty w lesie ośrodek leczenia uzależnień, następnie natrafia na historie o eksperymentach na ludziach w postkolonialnej Afryce, by ostatecznie nabrać przekonania, że całe miasteczko jest zamieszane w spisek. Sytuacja „ja vs . cały świat” jest jednak atrakcyjna tylko wtedy, gdy protagoniście się wierzy i ufa. Szczerze mówiąc, chyba lepiej byłoby, gdyby to Bert zamiast Basila zażył ostatniej kąpieli w akwenie, a jego kumpel odłożył na chwilę gitarę w celu odkrycia prawdy. Niestety, wybór Mikela Santiago był taki, nie inny, czym niemalże zmusił mnie do kibicowania do ostatniej strony tym złym dziwakom z lawendowego Stepford, a nie głównemu bohaterowi. Pan Amandale okazał się wyjątkowo irytującą osobą, typowym zakochanym w sobie artystą potrafiącym wytykać wady u wszystkich dookoła, by sekundę później, bez cienia wyrzutów sumienia flirtować z nowopoznaną kobietą albo udać się do przydomowej szopy po działkę narkotyków. Fakt, że w ogóle zdobył się na wysiłek, podejmując próbę dotrzymania danej obietnicy, to chyba jego jedyna zaleta. Myślę, że byłaby w tym jakaś poetycka sprawiedliwość i zarazem miły zwrot akcji (jest ich naprawdę niewiele), gdyby rozwiązując zagadkę, okazało się, że rzeczywiście postradał zmysły albo jeszcze lepiej zginął, nie męcząc czytelnika dłużej swymi pseudogłębokimi przemyśleniami. Oszczędziłoby to nam czasu, dłużyzn i nie do końca udanego zakończenia.

Te wszystkie potknięcia być może raziłyby nieco mniej, gdybym zamiast pełnego napięcia kryminału nie dostała rodzinnego, wypełnionego papierowymi postaciami dramatu co jakiś czas przerywanego szokowaniem na siłę, gdy zostajemy wepchnięci do głowy Berta i musimy oglądać jego „straszne”, podszyte tanim erotyzmem wizje. W moim odczuciu „Zła droga” jest zwyczajnie nieudana i męcząca, a cały ratujący ją początkowo klimat ulatuje w momencie śmierci Chucksa. Jeśli miałabym ją komukolwiek polecić, to chyba tylko tym, którzy tak jak Amandale, cierpią na bezsenność.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Mikel Santiago, „ Zła droga”, Warszawa, Wydawnictwo Czarna Owca, 2017 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat